Translate

środa, 18 października 2017

Anioł słońca


W poniedziałek wróciłam z pracy kilka minut po drugiej po południu. Weszłam do salonu, a tam pokój zalany dosłownie pomarańczowym światłem (wcześniej było pochmurnie).
Zaskoczona podeszłam do okna, które jest na południowej ścianie i spojrzałam na słońce. Wyglądało całkiem inaczej niż zwykle, było pomarańczowe... Złapałam telefon i zaczęłam robić zdjęcia. Chmury zaczęły się powoli przemieszczać w górę ku słońcu i jakież było moje zaskoczenie gdy zobaczyłam w pewnej chwili chmurkę przypominającą anioła!






wtorek, 10 października 2017

Bawaria


Okolice Monachium są naprawdę piękne, ale pogoda trochę bawiła się z nami w zgadywanki. Najpierw wybraliśmy się w Alpy, jeszcze przed smakowaniem piwa, żeby wszystko obejrzeć dokładnie na trzeźwo. Jednak dokładnie się nie dało, bo tajemnicza mgiełka towarzyszyła nam przez cały czas.
                                                                           
                                                                                 
Słońce dało znak, że pora wracać do domu.  No i jestem pewna,że  ufo tam było;)

Następnego dnia pojechaliśmy na piwo!
A tam tłumy! Oprócz specjalnych na ten cel ogromnych namiotów piwnych, było też nie mało piwnych ogródków. Wszystkie oblężone przez piwoszy. Poza wszechobecnym piwem, całe to  miejsce to jeden wielki festyn z rozmaitymi atrakcjami dla dzieci i dorosłych. Mnie od samego patrzenia na te atrakcje kręciło się w głowie;) To wolałam już napić się piwa, kiełbaskę też zjadłam. 


Do wielkiego piwnego namiotu weszliśmy tylko na chwilę zobaczyć jak tam jest. I było bardzo klimatycznie, chociaż tłoczno i głośno(Nagrałam filmik zamiast zdjęć, ale nie mogłam go zamieścić). W środku namiotu na podeście grała orkiestra. Środkowe stoły były także na podwyższeniu, a te po bokach ustawione były niżej. Wszystkie oblężone. Żeby zasiąść przy takim stole trzeba wykupić bilet i to ze sporym wyprzedzeniem. Całe towarzystwo śpiewało razem z solistą orkiestry. Część ludzi tańczyła, niektórzy na podłodze, a niektórzy na tych ławach przy stole. Oczywiście z kuflami w ręku. Jeden kufel mieści w sobie dwie butelki piwa, więc podziwiałam uwijające się kelnerki i kelnerów z pełnymi garściami takich kufli. 

Po piwie wiadomo trzeba do toalety.

Tam u góry fruwali ci odważni

W niedzielę zaplanowaliśmy sobie wycieczkę do pięknego zamku Neushwanstein, do którego było dwie godziny samochodem. Pogoda dała nam prztyczka w nos i całą bardzo deszczową niedzielę przesiedzieliśmy w domu na pogaduchach, zasilając się kawą, herbatką i łakociami.
W poniedziałek obejrzeliśmy zamek w Monachium - Nymphenburg
 
Tam też nie zabawiliśmy zbyt długo, bo się rozpadało.
Poniżej zdjęcia ratusza, które zrobiłam podążając w kierunku piwa.
Na koniec Niemcy podrzucili mi jakiegoś wirusa. Od parunastu lat nie miałam żadnego przeziębienia i nie dowierzałam, że coś mnie jednak wzięło tuż przed powrotną podróżą. Już jest ok, ale przez dwa dni nie chciało mi się nic, nawet zaglądać na ulubione blogi;) 

Bardzo Wam dziękuję za komentarze pod poprzednim postem:)))

wtorek, 26 września 2017

Urlop!


Długo w tym roku zwlekałam z urlopem, ale czekałam aż Niemcy naważą piwa;)

Lecimy z mężem do Niemiec, łącząc wizytę rodzinną u mojej córki ze zwiedzaniem okolic, bo myślę, że będzie co oglądać. Termin wybraliśmy nie przypadkowo, bo jakże tak jechać do Bawarii i nie napić się piwa;)
Relację zdam po powrocie, już trzeźwym okiem;)



sobota, 23 września 2017

Zawsze winny jest ktoś inny

 

    Umówiłam się z koleżanką na telefon. Długo nie gadałyśmy, więc cieszyłam się na  lekkie pogaduchy o wszystkim. Lekkie były  jednak tylko przez parę minut. Potem koleżanka zaczęła narzekać i skarżyć się na różne rzeczy. Najpierw na te bieżące, ale potem przypomniała sobie jakieś sprawy sprzed wielu lat i już żalom nie było końca. Oczywiście wszystkiemu winni byli inni...
 
Kiedy skończyłyśmy romowę i odłożyłam telefon, poczułam ulgę. Ale nadal rozmyślałam o tym. Dlaczego ludzie sami sobie wszystko komplikują... 
Wiem, że nie wszyscy tak podchodzą do życia, ale jednak takich osób jak moja koleżanka jest... dużo.

Mamy w zwyczaju narzekać. Zawsze i na wszystko. Z wielu rzeczy w naszym życiu jesteśmy niezadowoleni i łatwo nam przychodzi okazywanie tego. Mamy pretensje do innych ludzi, do losu, do Boga za wszystko, co poszło nam nie tak. Niektórzy potrafią całe życie "pamiętać" wyrządzone krzywdy. I powtarzać, że nie przebaczą.
Jednak dziwią się, że czują się źle i roszczą sobie prawo do  pretensji, bo los jest niesprawiedliwy.

A może prawda jest taka, że to my sami jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Tylko i wyłącznie my.
Mamy wybór, wolną wolę. W konsekwencji naszych myśli i czynów mamy to, co mamy. Jak ktoś inny może być odpowiedzialny za nasze życie? Nie może. Każdy jest odpowiedzialny tylko i aż za swoje własne życie. 
Jeśli nawet spotkały nas jakieś przykre rzeczy to nie możemy utożsamiać się z nimi do końca życia. Wydarzyły się z jakiegoś powodu. Może sami przyciągnęliśmy je swoimi destrukcyjnymi myślami nawet o tym nie wiedząc. Albo odrabiamy zaległą lekcję z poprzedniej inkarnacji. Pogódźmy się z sytuacją, zrozummy ją i puśćmy wolno. Przecież ciągłe rozpamiętywanie tego szkodzi tylko nam samym. Myśląc, że karzemy tych"innych", bo im nie wybaczamy, tak naprawdę karzemy tylko siebie. To my cierpimy ciągle rozdrapując rany. Tym "innym" może to nawet przez myśl nie przejdzie. Wybaczmy i to przede wszystkim sobie. Uwolnijmy się od tego balastu, a życie stanie się lekkie. Mnie też spotkały różne rzeczy w życiu, ale jestem wolna od nich, wszystkie wypuściłam i wiem, że to tak działa.
Odpuśćmy winy innych jeśli sami chcemy mieć odpuszczone...

A może by tak wziąć te wszystkie żale, pretensje, urazy, zazdrości i co tam jeszcze paskudnego się czai w zanadrzu, położyć  je na rozłożonej chuście, związać dokładnie rogami i wyrzucić raz na zawsze...
 
Weźmy swoje życie w swoje ręce i nie narzekajmy. Wpuśćmy światło, a oczyszczone serce będzie mogło wtedy przyciągać do nas dobrych ludzi, piękne rzeczy i sprzyjające nam sytuacje. A myśli staną się radosne i twórcze... 

poniedziałek, 18 września 2017

Zawsze będę


                                               
                                                              Zdj. Wojtek Gotkiewicz



Zawsze będę
promykiem słońca 
nad taflą jeziora
srebrną otoczką 
na kropli rosy
ulatującym zapachem
różanych płatków
dryfującym
piórkiem na wietrze
zawieszonym w podmuchu
źdźbłem dmuchawca

Zawsze będę 
myślą
zrodzoną
z radości istnienia

Zdj. z netu

To ostatni mój wiersz na tym blogu... tak na pożegnanie.  Nie tak, że kończę z wierszami nie, nie, założyłam dla wierszy osobny blog(link w ulubionych), myślę, że tak będzie lepiej, praktyczniej, przejrzyściej;)

sobota, 9 września 2017

Byłam w lesie


Do lasu zawsze idę z wielką radością. Ale tu gdzie mieszkam, żeby iść do prawdziwego lasu, trzeba jednak kawałek podjechać. Sama nie jestem jeżdżąca(choć prawo jazdy posiadam), więc zdana jestem na męża. On pracuje dłużej niż ja, to w tygodniu odpada, a w weekendy ja co drugi pracuję.

Czasem jak już bardzo zatęsknię za lasem to wyciągam męża choćby na chwilę. Nie ważne, że jest już po południu i że jestem zmęczona po pracy, a jak wiecie pracuję fizycznie.  Na myśl o wizycie w lesie odżywam!

Z nostalgią wspominam czasy dzieciństwa i młodości, kiedy las miałam tuż obok domu.
Do lasu wchodziłam kiedy chciałam. To było dla mnie takie naturalne. Spacerowałam wśród drzew, czasem siadałam na starym pniu i czytałam książkę albo sama snułam jakieś fantazyjne historie.

Tutaj mam inny las, inne drzewa...
Niektóre są mi w ogóle nieznane. Te znane mi wyglądają jakoś inaczej niż w Polsce.
Myślę, że różnią się wyglądem z powodu klimatu i podłoża. Ogólnie to roślinność ma tutaj wspaniałe warunki - jest ciepło i wilgotno. Jednak większość drzew nie idzie w górę, tylko w szerz i dziwnie wykręca konary. Czasem wyglądają tak jak ze strasznego filmu.
Las, w którym bywam jest rezerwatem przyrody. Oprócz lasu jest tam spory obszar łąki i trochę terenu podmokłego. Żyją tam na dziko konie i krowy szkockie, te włochate z dużymi rogami. Małych zwierzątek jak króliki i szare wiewiórki to pełno jest w każdym lasku i parku.

W każdym lesie czuję się jak w swoim domu, także w tym tutaj. Ostatnio chodziłam boso! Przypomniałam sobie jak to jest mieć bezpośredni kontakt z Matką Ziemią;)

Przepraszam, że ostatnio Was mało odwiedzam, ale zastępuję koleżankę w pracy i pracuję ma okrągło. Za kilka dni będzie już normalnie, a wkrótce odpocznę na moim wyczekiwanym urlopie.