Translate

niedziela, 10 grudnia 2017

Skąd wzięła się ta nasza tradycja...


         

( Nie potrafię tego zrozumieć, ale uciekł mi cały wpis, zostało tylko zdjęcie i dwa komentarze - Agnieszki i Anabell. Wszystko musiałam pisać od nowa! Wrr)

U mnie w pracy doszła nowa koleżanka i jak to na początku bywa, powymieniałyśmy informacje o sobie. Nowa to Angielka jak wszyscy w mojej pracy(jestem tam jedyną cudzoziemką).  Po kilku dniach zaczęły się rozmowy o nadchodzących świętach i  opowieści o wzajemnych tradycjach. Nowa zdziwiła się(jak wszyscy poprzednio), że my celebrujemy święta już 24 grudnia, ale z ciekawością i zainteresowaniem wysłuchała opowieści o naszej magicznej kolacji wigilijnej, o łamaniu się opłatkiem, dwunastu potrawach i pustym krześle dla wędrowca.
Udzielił jej się mój zachwyt i potwierdziła, że piękną mamy tradycję.

Podczas powrotu do domu rozmyślałam o naszej rozmowie i w pewnym momencie olśniło mnie, że wszystko pięknie, ale gdyby ta koleżanka zapytała mnie skąd wzięła się ta nasza tradycja, to nie wiedziałabym co odpowiedzieć... Od razu postanowiłam zapytać google. I oto, co znalazłam: 

korzystałam z - papricana/czasopismo humanistyczne,filozofa,historia,literatura

Święta Bożego Narodzenia obchodzone są od IV w n.e. Dokładna data narodzin Chrystusa do dziś nie jest jednak znana. Nie podają jej ewangeliści ani żadne źródła historyczne. Pierwsza wzmianka o wyróżnieniu przez chrześcijan dnia Narodzenia Pańskiego w roku liturgicznym znalazła się w kalendarzu z roku 354. W Deposito Martyrum, czyli wykazie świąt Kościoła Rzymskiego, wzmiankowano, że Chrystus urodził się w Betlejem Judzkim osiem dni przed kalendami styczniowymi.

W tradycji chrześcijańskiej Wigilia upamiętnia agape, czyli ucztę pierwszych chrześcijan na pamiątkę wieczerzy Pańskiej. Zasiadano do niej, gdy na niebie rozbłysła pierwsza gwiazda i rozpoczynało ją dzielenie się opłatkiem, co wywodzi się od eulogiów, zwyczaju polegającego na wzajemnym ofiarowywaniu się chlebem ofiarnym. Nazwa „wigilia” pochodzi  z łacińskiego „vigiliare” – czuwanie.

 Ale jak to..., przecież wieczerza Pańska była przed Wielkanocą, więc nie bardzo mi to wyjaśnia czemu jest upamiętniana przed Bożym Narodzeniem...

W tym samym czasie, w którym przeżywamy święta, Słowianie obchodzili wielkie święto przesilenia zimowego i zarazem święto zmarłych.
Organizowano wtedy wielką stypę zaduszną, której obrządek bardzo przypominał późniejszą wigilię.

W starożytnym Rzymie natomiast 17 grudnia to Saturnalia, 23 grudnia – Larentalia- swięto zmarłych, a 25 grudnia Święto Narodzin Niezwyciężonego Słońca, będącego częścią całego cyklu zimowych świąt.

Nasza tradycja zachowała najwięcej z obrządków dawnych Słowian. Składają się na nią zwyczaje związane ze świętami agrarnymi i zaduszkowymi przypadającymi w okresie przesilenia zimowego oraz nowsze – przyniesione przez Kościół po chrystianizacji, a także powstałe ze wzajemnego przenikania się obrządku kościelnego z elementami przedchrześcijańskiej ludowej tradycji. 
Stąd właśnie wzięły się liczne wierzenia i przesądy związane z nocą wigilijną, znane dziś w ograniczonym stopniu w miastach, ale na wsiach gdzieniegdzie jeszcze żywe i kultywowane. 

Dalej można doczytać się, że według tego kultu znane były takie rytuały jak:
 Siano pod obrusem – ofiara dla bożka Ziemiennika. Puste krzesło dla wędrowca – wierzono, że dusze przybierają postać człowieka lub zwierzęcia, więc w tym dniu nie wolno było odmówić wędrowcowi gościny ni jałmużny.
Zabronione były kłótnie, płacz i smutek.
Koniecznie musiał palić się ogień, by zziębnięte dusze mogły się ogrzać.
Nieuszanowanie któregoś z tych zwyczajów mogło sprowadzić nieszczęście, bo wierzono, że jaka wigilia taki cały rok. Według tradycji do wieczerzy powinna zasiąść parzysta liczba osób, ponieważ nieparzysta wróżyła rychłą śmierć jednego z biesiadników. Wiązało się to z obawami liczb 13 i ostatniej wieczerzy, do której Jezus zasiadł wraz z dwunastoma apostołami. 

Dawny zwyczaj nakazywał, aby ilość podawanych potraw była nie parzysta i wynosiła od 5 do 13.
Miało to znaczenie magiczne i zapewniało urodzaj w następnym roku, dlatego tak ważne było, aby na stole znalazły się dania zawierające płody z pola, sadu, ogrodu i wody. Należało wszystkiego skosztować, bo jeśli czegoś się nie spróbowało to mogło tego zabraknąć w przyszłym roku.
Gospodynie zostawiały otwarte spiżarnie, a jedzenie i napoje pozostawały na stole przez całą noc, aby duszom niczego nie brakło.
 Wigilijnymi potrawami dzielono się także ze zwierzętami, mieszając je ze sobą razem z kawałkami opłatka i chleba, a następnie dzieląc na tyle części  ile zwierząt było w gospodarstwie.
Ufano, że o północy otwiera się niebo i każde wypowiedziane w tym czasie życzenie na pewno się spełni, że dzwonią zatopione dzwony, budzą się pszczoły w ulach, pod śniegiem zakwitają kwiaty, a zwierzęta mówią ludzkim głosem.

Były też przesądy związane z wigilią. Pod stół kładziono coś żelaznego np. siekierę, sierp, a nawet pług i podczas jedzenia opierano na tym nogi, co miało uchronić przed bólem nóg i skaleczeniami. Ważne było aby w dzień wigilii zjeść rzepę i orzechy albo czosnek, to chroniło przed bólem zębów przez cały rok, jabłka natomiast zapobiegały bólowi gardła.
Nieodzownym składnikiem wielu potraw był mak, stanowiący symbol snu i  łączności z innym światem.

Po przeczytaniu materiału mam wrażenie,że bliżej nam chyba z tą tradycją do starodawnych Słowian, Kościół zresztą podkreśla, że to nie jest święto, a tylko tradycja. 

Jak już tyle wyczytałam to dodam jeszcze, że najpopularniejsza na świecie kolęda „Cicha noc” powstała w 1818 w Austrii. Jej autorem jest ksiądz Josef Mohr, a muzykę skomponował  Franz Xaver Gruber. Polski tekst napisał Piotr Maszyński.

Z niemałym zdziwieniem przeczytałam na na Wikipedii, że kolację wigilijną obchodzi się tylko -  w Polsce, na Litwie, w Czechach i Słowacji, a opłatkiem dzielimy się tylko - my i Litwini!


sobota, 2 grudnia 2017

Trochę mixu


Tej jesieni nazbierałam jadalnych kasztanów i trochę o nich zapomniałam. Pyszne są takie prosto z pieca. W Anglii rosną sobie wszędzie. 

Poniżej zdjęcia kasztanów na drzewie jeszcze w opakowaniu, a wcześniej kiedy kwitną wiosną.


To zdjęcie zrobiłam wczoraj. Taki ciekawy krzew, kwitnie nie zważając na późną jesień i wychyla się zza  murka, że zapragnąłem go pstryknąć


Grudzień się zaczął i wszyscy myślą o świętach. Wiele domów już się przystroiło na tę okoliczność, a tv serwuje świąteczne filmy... Przyspieszamy.
Ale apropo świecidełek, wyczytałam w "Crazy nauka" że brokat, którym ozdabia się tyle rzeczy(kosmetyki, żele), przy okazji świąt piękne ozdoby -  zabija życie w rzekach, jeziorach, oceanach. Filtry nie wychwytują tych drobniutkich mikroplastików i brokatu uzbierało się w wodach już pokaźne tony. 
No i niby pięknie, a smutno... 

piątek, 24 listopada 2017

Miejsce z dzieciństwa



Odwiedziłam rodzinne strony. Miejsce z czasów dzieciństwa, dorastania...
Wtedy było ono dla mnie całym światem i uważałam, że jest najpiękniejsze!

Mała wioseczka między lasami i jeziorami. Gdzieś pomiędzy Kwidzynem, a Prabutami jeśli odbije się mocno w bok. Tam się wychowałam...
Co kilka lat nachodzi mnie nieokreślona bliżej ochota, aby znów tam się znaleźć...
Tym razem ochota naszła mnie znienacka, bo znalazłam się zaledwie trzydzieści kilometrów od tego miejsca. A, że dzień teraz krótki to ledwie zdążyliśmy z zachodem słońca. Stąd fotki trochę ciemne.

Nic już tam nie ma..., nawet śladu po domu, a jednak kiedy tam jestem, czuję swoją obecność z dzieciństwa... Moje dziecięce myśli, fantazje, marzenia... To wszystko nadal tam jest. Mam wrażenie, że drzewa, które rosły razem ze mną, przechowują moją dziecięcą radość, piosenki, które wyśpiewywałam na hustawce pod lasem. Pierwsze wiersze, które tam powstały w mojej głowie czy raczej w moim sercu, bo dzieci wszystko postrzegają sercem.
Tam też dostałam pierwszy list miłosny, który spowodował eksplozję pięknej energii. Czytałam go po wielokroć w otoczeniu moich drzew. I chociaż nadawca listu zawiódł mnie sromotnie po kilku tygodniach(i cierpiałam;)) to tamto piękne uniesienie  tam wśród drzew też zostało.
Jadę tam z radością i chociaż to miejsce jest wyludnione to czuję się, że jestem w domu 


Serdecznie dziękuję Wszystkim za komentarze pod poprzednim postem:)




niedziela, 12 listopada 2017

Mały urlop

Korzystając z ładnej pogody, pospacerowaliśmy trochę po opustoszałym porcie w Folkstone. Wszędzie widać wyciszenie, czas jesiennego zastoju.

Oryginalne miejsca na letnie przekąski
Ludzi było mało, ale niektórzy się opalali


Mewy są obecne zawsze, bez względu na porę roku

 To była dla mnie chwila wytchnienia po intensywnym załatwianiu spraw. Ostatnio dużo godzin spędziłam przy telefonie, dzwoniąc do urzędów i osób upoważnionych. Dużo papierków trzeba było powyciągać, ale wreszcie wszystko udało się skomletować. Jestem tym wykończona, ale zadowolona, bo jest finał.
Jutro lecę do Polski! Będzie fajny czas radosnych spotkań, rozmów na żywo, odwiedzin starych kątów.  Mój komputer też dostał tydzień urlopu. Do zobaczenia po powrocie.


czwartek, 2 listopada 2017

Jak liście...



                                                                             
  Jesteśmy jak te liście

Wiosną wzrastamy w słońcu, rozwijając pączki
jesteśmy młodzi, zieloni, wszystkiego ciekawi...

Lato daje nam pełen rozkwit i w pełni doświadczamy życia!

Potem przybieramy różne kolory zebranych uczuć... 
aż przychodzi czas
aby opaść
jak te listopadowe liście...
użyźnić, wzbogacić grunt pamięci 
aby z tych doświadczeń mogli czerpać ci,
którzy przyjdą

tak jak kiedyś
my przyszliśmy



                                                                             

sobota, 28 października 2017

Oddech to życie

                                          Zdj.http://wojciechgotkiewicz.blogspot.co.uk/


Nie mamy nic cenniejszego w naszym życiu niż - oddech. Kiedy rodzimy się, nasze życie rozpoczyna się z pierwszym oddechem. A kiedy oddajemy ostatni oddech to przestajemy żyć.

 Każdy to wie, ale w codziennej bieganinie wcale nie myślimy o tym świadomie, wręcz zapominamy, bo i tak oddychamy i jest to dla nas takie oczywiste. Ale to, że oddychamy mechanicznie nie oznacza, że na pewno i zawsze prawidłowo. Przeważnie oddychamy krótko, płytko, byle jak. No bo kiedy wykonujemy jakieś czynności, krzątamy się po domu, rozmawiamy to nie oddychamy głęboko. Jęśli jesteśmy w złych emocjach to oddech jest jeszcze płytszy i urywany. Jeśli mamy uczucie krzywdy, żalu to oddech ledwie dociera do gardła, bo mając je zaciśnięte, oddechu dalej nie przepuszczamy. A w stresie to prawie wcale nie oddychamy.
Przez  płytkie oddychanie nie dotleniamy naszego ciała, a nie dotlenione zaczyna chorować.

Warto świadomie podejść do tego najwspanialszego daru. Zafundujmy sobie krótką medytację z oddechem - wystarczy piętnaście minut dziennie.  Usiądźmy wygodnie(nie musi to być pozycja do medytacji) i wyciszmy się, skupiając się tylko na oddychaniu - spokojnym i głębokim, może być przy ściszonej, spokojnej muzyce. To lek dla naszego ciała i duszy:) 
Oglądanie zdjęć przyrodniczych też jest kojącym balsamem:) 

Temat postu nasunął mi się po kontaktowaniu się z Urzędami, w których miałam trochę spraw do załatwienia. Większość poszło gładko, ale w jednym załatwianie przypominało żywcem scenkę z bajki "dwanaście prac Asterixa" - od pokoju do pokoju, od okienka do okienka. 

A po takich sprawach to wyciszenie jest niezbędne!   
  

środa, 18 października 2017

Anioł słońca


W poniedziałek wróciłam z pracy kilka minut po drugiej po południu. Weszłam do salonu, a tam pokój zalany dosłownie pomarańczowym światłem (wcześniej było pochmurnie).
Zaskoczona podeszłam do okna, które jest na południowej ścianie i spojrzałam na słońce. Wyglądało całkiem inaczej niż zwykle, było pomarańczowe... Złapałam telefon i zaczęłam robić zdjęcia. Chmury zaczęły się powoli przemieszczać w górę ku słońcu i jakież było moje zaskoczenie gdy zobaczyłam w pewnej chwili chmurkę przypominającą anioła!






wtorek, 10 października 2017

Bawaria


Okolice Monachium są naprawdę piękne, ale pogoda trochę bawiła się z nami w zgadywanki. Najpierw wybraliśmy się w Alpy, jeszcze przed smakowaniem piwa, żeby wszystko obejrzeć dokładnie na trzeźwo. Jednak dokładnie się nie dało, bo tajemnicza mgiełka towarzyszyła nam przez cały czas.
                                                                           
                                                                                 
Słońce dało znak, że pora wracać do domu.  No i jestem pewna,że  ufo tam było;)

Następnego dnia pojechaliśmy na piwo!
A tam tłumy! Oprócz specjalnych na ten cel ogromnych namiotów piwnych, było też nie mało piwnych ogródków. Wszystkie oblężone przez piwoszy. Poza wszechobecnym piwem, całe to  miejsce to jeden wielki festyn z rozmaitymi atrakcjami dla dzieci i dorosłych. Mnie od samego patrzenia na te atrakcje kręciło się w głowie;) To wolałam już napić się piwa, kiełbaskę też zjadłam. 


Do wielkiego piwnego namiotu weszliśmy tylko na chwilę zobaczyć jak tam jest. I było bardzo klimatycznie, chociaż tłoczno i głośno(Nagrałam filmik zamiast zdjęć, ale nie mogłam go zamieścić). W środku namiotu na podeście grała orkiestra. Środkowe stoły były także na podwyższeniu, a te po bokach ustawione były niżej. Wszystkie oblężone. Żeby zasiąść przy takim stole trzeba wykupić bilet i to ze sporym wyprzedzeniem. Całe towarzystwo śpiewało razem z solistą orkiestry. Część ludzi tańczyła, niektórzy na podłodze, a niektórzy na tych ławach przy stole. Oczywiście z kuflami w ręku. Jeden kufel mieści w sobie dwie butelki piwa, więc podziwiałam uwijające się kelnerki i kelnerów z pełnymi garściami takich kufli. 

Po piwie wiadomo trzeba do toalety.

Tam u góry fruwali ci odważni

W niedzielę zaplanowaliśmy sobie wycieczkę do pięknego zamku Neushwanstein, do którego było dwie godziny samochodem. Pogoda dała nam prztyczka w nos i całą bardzo deszczową niedzielę przesiedzieliśmy w domu na pogaduchach, zasilając się kawą, herbatką i łakociami.
W poniedziałek obejrzeliśmy zamek w Monachium - Nymphenburg
 
Tam też nie zabawiliśmy zbyt długo, bo się rozpadało.
Poniżej zdjęcia ratusza, które zrobiłam podążając w kierunku piwa.
Na koniec Niemcy podrzucili mi jakiegoś wirusa. Od parunastu lat nie miałam żadnego przeziębienia i nie dowierzałam, że coś mnie jednak wzięło tuż przed powrotną podróżą. Już jest ok, ale przez dwa dni nie chciało mi się nic, nawet zaglądać na ulubione blogi;) 

Bardzo Wam dziękuję za komentarze pod poprzednim postem:)))