Marzena jak codziennie rano, wyprowadziła rower z szopki i zawiesiwszy bańkę na mleko ruszyła w drogę do oddalonego o kilometr gospodarstwa. Zwykle gospodyni czekała na nią na podwórku żeby chwilę poplotkować o tym i owym. Marzena nie miała nic przeciw dziesięciu - piętnastu minutowej pogawędce z rana. Dzieci zostawały same przez ten czas, ale nie były już małe, więc była o nie spokojna.
W tym dniu jednak
było jakoś inaczej.
Ledwie ujechała kawałek drogi, gdy zaczęła odczuwać
niepokój. Najpierw słaby, ale szybko przybierał na sile i zamieniał się w
strach. Z minuty na minutę Marzena odczuwała strach coraz silniej i przenikał on
ją do głębi. Do tego pojawił się wewnętrzny głos! Głos, który nie był normalnym głosem,
lecz raczej przekazem do jej myśli.
- Pośpiesz się, pośpiesz się, pośpiesz się! Słyszała to bezprzerwy!
Myśli były bardzo wyraźne i zawierały w sobie jakąś
nieznaną jej moc, której nie mogła się oprzeć. Dojeżdżała właśnie do
gospodarstwa, gdzie widziała krzątającą się gospodynię.
- Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Wibrowało w jej głowie i piersiach. Czuła to w mózgu, w oddechu i w krwi krążącej w żyłach!
Wiedziała, że coś się stało! Strasznie bała się o dzieci. Nic
innego nie przychodziło jej do głowy.
Marzena miewała czasem „przeczucia” , ale to co odczuwała
teraz było czymś całkowicie innym. To nie było przeczucie. To coś zawładnęło
nią, nie pozwalając na żadne rozważania, tylko żądało szybkiego powrotu do
domu!
Ku ogromnemu zdumieniu gospodyni, Marzena rzuciła rower,
chwyciła zamienną bańkę z mlekiem i w biegu odjeżdżając krzyknęła – jutro!
Marzena nie pamiętała nawet powrotnej drogi. Cała zamieniła się w dwa
wyrazy:
Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Pośpiesz się!
Rzuciła rower przed drzwiami i wpadła do domu jak burza
nagle, aż dzieci się wystraszyły.
- Ja tylko herbatę robię – powiedziała cicho, przestraszona nagłym
wtargnięciem matki jej najmłodsza córka.
Marzena nie zwróciła nawet na to uwagi tylko otwierała kolejne
drzwi i sprawdzała gdzie i co się stało! Nic. W jej domu wszystko było w
porządku. Dzieci były całe i zdrowe. Nie było żadnego pożaru ani wypadku. Nie
rozumiała. W jej głowie dudniło nadal:
Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Wypadła z domu. Na podwórku tez nic się nie działo. Weszła
z powrotem do domu. Nie, to nie to, w domu nic nie było…
Wybiegła na zewnątrz pchana wewnętrzną siłą. Rozejrzała się.
Po sąsiedzku mieszkali jej teściowie, z którymi stosunki od jakiegoś czasu nie
były najlepsze. Gdy spojrzała na ich dom, wiedziała, że musi tam iść.
Otworzyła drzwi do ich domu i zapytała od progu czy nic się
u nich nie stało. Zaskoczeni niemile jej widokiem odpowiedzieli z irytacją:
– A co się niby
miało stać?
Ta odpowiedź nie zadowoliła Marzeny. Wariowała wprost od tej
wewnętrznej pchającej ją siły.
Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Wyszła od teściów…, ale otworzyła drzwi z powrotem i
zapytała gorączkowo:
- A gdzie jest Leszek?!
- Jak to Leszek, gdzieś poszedł… po wodę chyba – patrzyli na
nią jak na głupią, coś jeszcze komentując, lecz Marzena nie słuchała już. Wybiegła i skierowała się prosto do studni, która była na tyłach ich domu.
Zajrzała do środka. Leszek(osiemnastoletni brat jej męża)
był w środku! Studnia była głęboka, a on trzymał się kurczowo rurki, która prowadziła do kiedyś zamontowanej
w dole pompy. Mokry, wyziębiony, resztką sił wołał pomocy, ale jego słaby głos
nie unosił się zbyt wysoko, nie wychodził poza głęboką studnię.
Historia jest prawdziwa, a główną jej bohaterką jest wspaniała, niesamowita, moja młodsza koleżanka.


















