Translate

czwartek, 20 lipca 2017

Jak rutyna potrafi zwieść




Czy zdarzyło wam się kiedyś iść do pracy, chociaż nie było takiej potrzeby, bo dzień był jak najbardziej wolnym dniem?

Ja wczoraj poszłam do pracy o godzinę wcześniej i nie od razu się w tym zorientowałam, jako że Dom jest „otwarty” zawsze. Dopiero po pewnym czasie coś zaczęło mi się nie zgadzać. Było trochę śmiechu i mogłam godzinę wcześniej iść do domu.
 W związku z tym przypomniały mi się różne historie.

 Kilka razy zdarzyło się, że wstałam, zaczęłam przygotowania, zrobiłam kanapki, ale jakoś w porę ocknęłam się, że jest niedziela. Teraz pracuję co drugi tydzień inaczej, więc budzik na wszelki wypadek zawsze mam włączony. Gdy się budzę, to przez chwilę  upewniam się, że dzień jest wolny i dopiero zasypiam dalej.
Moja siostra lubiła popołudniowe drzemki. Kiedyś po takiej drzemce zerknęła na zegarek – była szósta. Przekonana, że to szósta rano(wstawała o wpół do szóstej), zerwała się, wrzuciła szybszy bieg żeby się wyrobić i w pośpiechu wypadła z domu. Była jesień, więc na dworze o tej godzinie było tak samo. Po drodze siostra wstępowała po koleżankę, z którą razem pracowały i tam u tej koleżanki, po długich  dyskusjach wyjaśniło się, że jednak nie jest rano tylko wieczór! Ale nie tak łatwo było przekonać siostrę, dopiero dobranocka w tv potwierdziła rację koleżanki.

Bardzo dawno temu miałam sąsiada, który nie używał budzika ani nawet zegarka, bo orientował się doskonale i bez tych wynalazków.
Budził się automatycznie o piątej i to był właściwy czas, aby się oporządzić, zebrać i wyjść na oddalony o trzy kilometry PKeS.
Kiedy sąsiad przychodził na przystanek, w kilku oknach pobliskich domów zwykle świeciło się już światło. Pewnego dnia wstał jak co dzień na wyczucie, ogarnął się i wyruszył na autobus. Na miejscu trochę się zdziwił, że w żadnym oknie nie świeciło się jeszcze światło(lamp ulicznych na wsi jeszcze wtedy nie było), ale nie tak bardzo, bo w tamtych czasach elektrownia często wyłączała prąd. Usiadł na ławeczkę, zapalił sporta i cierpliwie czekał. Po jakimś czasie spalił jeszcze trzy papierosy, ale autobusu ni widu ni słychu.   Sąsiad był człowiekiem spokojnego i wesołego usposobienia, ale tym razem zaczął się denerwować.
- Nic, tylko pekaes się popsuł – pomyślał z rezygnacją, zapalając kolejnego sporta. Od długiego czekania czuł przenikający go jesienny ziąb. Powziął decyzję o powrocie do domu, podczas gdy  nieopodal zapaliło się światełko w oknie. Po chwili w następnym domu i jeszcze gdzieś dalej. Pomyślał, że elektrownia włączyła światło, ale coś tu się nie zgadzało – światło powinno zapalić się wszędzie jednocześnie…
Po chwili rozbłysło światło na podwórku w pobliżu przystanku. Był to znak, że gospodarz wyszedł na zewnątrz. Mój sąsiad był człowiekiem kontaktowym i znał się ze wszystkimi, więc udał się na pogawędkę.
Na jego „dzień dobry” gospodarz aż podskoczył.
- Ale mnie wystraszyłeś! Co ty tak wcześnie tu robisz?
- Wcześnie? – zdziwił się mój sąsiad – A która godzina teraz?
- Za dziesięć piąta.
- Ku..a! – skomentował sąsiad w jedynie słuszny i uzasadniony sposób w zaistniałej sytuacji.
Do autobusu było jeszcze dwie godziny czasu!
To o której ty wstałeś chłopie?! – zapytał nagle rozbawiony gospodarz i zaprosił mojego sasiada na gorącą herbatę.

I tak tamtego dnia sąsiad kupił sobie zegarek. 

niedziela, 9 lipca 2017

Najlepszy dywizjon RAFu


https://www.youtube.com/watch?v=H-NFLiqt4eg

Dywizjon 303 | Ci cholerni cudzoziemcy | Bloody Foreigners The Battle of Britain


Podążając śladami Polaków


Chciałam zamieścić na blogu film, który jest streszczeniem filmu "Ci cholerni cudoziemcy" ale nie udało mi się. (technika to nie jest moja mocna strona)
Podaję link do całego dokumentalnego filmu z polskim lektorem.  Film trwa 50 minut. Jeśli ktoś nie oglądał to szczerze polecam - ja obejrzałam kilka razy. Jest to historia bitwy o Anglię, ale pokazana od podszewki - przemilczana historia...


      Do wzgórza nad kanałem La Manche mam blisko, zaledwie pół godziny samochodem. Bywam tam co jakiś czas, żeby posiedzieć w ciszy...


Jest takie miejsce nad kanałem La Manche,
teraz tam taka cisza trwa...
Na błękitnym niebie latają tylko ptaki
ciesząc się wolnością...
Biały motyl przysiadł
na drzemiącym wśród stokrotek samolocie...
W dole morze szumi historyczną pieśń
unosząc w górę bryzę aż na urwisty brzeg...






Na tablicach doliczyłam się dużo ponad sto polskich nazwisk, nie mogłam ich tutaj wszystkich umieścić, więc chociaż symbolicznie. No i umknęło mi gdzieś nazwisko słynnego Josefa Frantiska -  Czecha w polskim dywizjonie.

piątek, 30 czerwca 2017

Skąd jesteś? - zapytał, przyjmując postawę na baczność. - Jestem z Polski - odpowiedziałam

 

  Czasami spotykają nas takie sytuacje, które w jednej chwili zwalają nas z nóg. Chcę wam opowiedzieć o jednej z nich.
Mieszkałam w Szkocji od kilku miesięcy. Nie zawsze było łatwo, miewałam okresy, kiedy bardziej odczuwałam wyobcowanie. Mój język angielski był ledwie co komunikatywny. Pracowałam w Domu Opieki jako sprzątaczka. Nas - Polaków pracowało tam więcej, ale relacje między rodakami bywały różne, powiedzmy, że mało wspomagające się nawzajem. Ciągle krążyły jakieś obgadywania za plecami, wzajemne donoszenia do szefostwa. Przygnębiało mnie to i chodząc z moim wózkiem od pokoju do pokoju, zastanawiałam się nad nami Polakami... Dlaczego tacy jesteśmy...
Pokoje w tym czasie były puste, bo była pora lunchu. Ale pielęgniarka mijając mnie na korytarzu, wspomniała, że w jednym pokoju jest nowy rezydent, który dopiero co przybył. Dodała, że będzie w D.O. przez tydzień -  "na próbę",  żeby jego córka mogła zobaczyć jak to będzie. Odwiedziłam jego pokój, pytając czy potrzebuje posprzątania. Mężczyzna nie był bardzo stary, ale miał poważną demencję. Przywitał się ze mną, podziękował z uśmiechem za moje dobre chęci, ale do sprzątania jeszcze nic nie było. Pożegnałam się i poszłam do następnego pokoju. Zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, gdy rozległo się pukanie. Otworzyłam drzwi. Na korytarzu stał dopiero co poznany pan.

- Skąd jesteś? - zapytał, przyjmując postawę na baczność. Wzrokiem błądził,  jakby szukał czegoś w myślach.
- Jestem z Polski - odpowiedziałam przyjaźnie, gotowa na krótką rozmówkę.
W wyprostowanej pozycji(na tyle na ile mu wiek pozwalał), z rękami wzdłuż ciała, trochę zabawnie wyglądał...

- Jeszcze Polska nie zginęła puki my żyjemy! - rozbrzmiało nagle jak grom z jasnego nieba.

Stałam zszokowana, a nogi się pode mną ugięły. Zdążyła przemknąć mi myśl jak błyskawica, że ów pan nauczył się od kogoś jednego zdania i chciał mi zaimponować polskim, bo tak się często zdarzało.

- Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!- śpiewał dalej mocnym głosem.

Patrzył na mnie czy też poza mnie rozmytym wzrokiem i już go nie podejrzewałam o popisywanie się.

- Marsz, marsz Dąbrowski
z ziemi włoskiej do Polski...

Stałam jak zahipnotyzowana! Targnęły mną najrozmaitsze emocje. Wzruszenie ścisnęło mi gardło i ledwie powstrzymywałam łzy. Miejsce i sytuacja w jakiej się nagle w takim miejscu znalazłam  była nie do objęcia jedną myślą. Ten widok był niesamowity! Na długim, pustym korytarzu w Domu Opieki, w obcym państwie, starszy człowiek z demencją stał na baczność i śpiewał mój narodowy hymn! Śpiewał go dla mnie!

- Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę
będziem Polakami....

Rozkleiłam się i łzy pociekły mi po twarzy, ale nie spuszczałam z niego oczu. Poczułam dla niego wielki podziw, bo to nie była wygodna pozycja dla starego człowieka, a jednak stał nie zachwianie i nie przestał śpiewać dopuki nie skończył wszystkich zwrotek. Ja - Polka tyle nie umiałam. Wtedy ten polski hymn, zniekształcony angielskim akcentem, był dla mnie najpiękniej odśpiewanym hymnem jaki kiedykolwiek słyszałam. Stałam na baczność naprzeciw "dziadka", lekceważąc spływające łzy, sprzątanie i całą resztę.
Kiedy skończył śpiewać, powiedział dziękuję i poszedł do swojego pokoju jakby nigdy nic. Wyrwałam się z osłupienia i poszłam za nim. Podziękowałam mu i zapytałam czy jest Polakiem?. Zaprzeczył.  Zapytałam czy ma polskich przyjaciół? Zaprzeczył ponownie. Siadając na łóżku powiedział, że jest zmęczony i że chce się położyć, więc wyszłam.
Ciągle oszołomiona, poleciałam zapytać  pielęgniarkę, czy ten nowy rezydent nie jest przypadkiem Polakiem? I opowiedziałam jej o hymnie Polski. Roześmiała się mówiąc, że ludzie uczą się różnych rzeczy, to pewnie on też się nauczył, ale jest Szkotem, a nie Polakiem.
Poszłam podzielić się tym, co się wydarzyło z moimi rodakami. Skomentowali podobnie jak pielęgniarka -  pewnie się od kogoś nauczył. Mnie to nie przekonywało. To nie jest taka łatwa rzecz dla obcokrajowca nauczyć się tak długiego hymnu.
Postanowiłam, że następnego dnia poproszę go, aby mi opowiedział jak to z tą mauką było. I miałam nadzieję, że jego pamięć będzie to miała w swoim zapisie.

 Ale pokój był już pusty! Pielęgniarka wyjaśniła mi, że córka tego pana zmieniła zdanie. Przyjechała i zabrała go jeszcze poprzedniego dnia po południu. Zrobiło mi się smutno. Tak chciałam z nim porozmawiać...
Potem pomyślałam, że całe to zdarzenie było jak jeden z nie wyjaśnionych cudów. To nie było normalne. To było tak, jakby ten starszy pan pojawił się tam specjalnie, żeby odśpiewać dla mnie hymn mojego narodu.


środa, 28 czerwca 2017

Życie zapisane w dacie narodzin

Nic w naszym życiu nie jest przypadkowe, począwszy od dnia naszych narodzin. Dzień w którym przychodzimy na świat nie jest przypadkowym dniem. Rodzimy się w przypisanym dla nas dniu, który jak niektórzy twierdzą, wybieramy sobie sami(nasza dusza). Taką datę, której liczby są dla nas najlepszą ścieżką do dalszego rozwoju. W chwili narodzin oddziałuje na nas określona wibracja tych konkretnych liczb, które zawierają w sobie napęd i przekaz naszego przyszłego życia. Ponadto imię, które nam nadano razem z nazwiskiem(rodowym) są narzędziami do rozwijania zdolności, zainteresowań,  które w nas drzemią. Poszczególnym literom odpowiadają konkretne liczby. Przy czym samogłoski mają inne znaczenie, a spółgłoski inne. Zresztą podobno imię także nie jest przypadkiem, jak nam się wydaje. Sama znam dwa przypadki, gdzie imie dziecka w domu było uzgodnione od dawna, a w szpitalu nagle mama podała całkiem inne, nie wiedząc czemu.
Nauka o numerologii jest bardzo rozległa i bardzo stara, sięgająca Egipcjan, Fenicjan i Sumerów. Podwalinę pod dzisiejszą numerologię stworzył Pitagoras, który uważał że liczbami można cały świat zmierzyć i określić.
Każdy z nas po zsumowaniu swojej daty urodzin aż do pojedynczej liczby, może poznać swój życiowy numer.
Np.  dzisiejsza data      27.06.2017.       2+7+0+6+2+0+1+7= 25   2+5= 7
W tym przypadku jest to numer 7 - siódemka. Oprócz liczb zwykłych(pojedyńczych jak np. 7) są liczby mistrzowskie. Jeśli po zsumowaniu całej daty urodzin, otrzymujemy ostatnie dwie cyfry takie same, to już ich nie dodajemy. To są właśnie liczby mistrzowskie(doskonałe); 11, 22, 33, 44. Osoby z pod tych liczb są bardziej uzdolnione, uduchowione, oświecone, więc ich życie jest "piękniejsze", ale są także obarczone większą odpowiedzialnością(nie tylko za siebie). Bywa, że osoba z numerem mistrzowskim nie radzi sobie z tym i wtedy zaczyna wibrować negatywnie.
Na stronach wróżek można przeczytać swoje numerologiczne horoskopy. Można też zamówić sobie szczegółowy portret numerologiczny. Najlepiej znać jeszcze godzinę swoich narodzin. Dobry numerolog może nawet "poprawić" na lepsze nasze życiowe wibracje, przez dodanie nam dodatkowego imienia.
A czy zdarza wam się zauważać co jakiś czas albo często widzieć powtarzające się cyfry np. na zegarku 11:11, 17:17 czy 21:21 ? Mogą być też różne kombinacje cyfr, możemy widzieć je w różnych miejscach(nie tylko na zegarku), ale jeśli powtarzają się takie same, to oznacza, że nasz Anioł czy inny świetlny Opiekun próbuje nam zwrócić na coś ważnego uwagę. Na coś, co w tym czasie dzieje się w naszym życiu. Chce nam pomóc w dobrym wyborze decyzji, przed którą stoimy.
Odpowiedzi na takie powtarzające się cyfry też możemy znaleźć. Rozmawiajmy więc z naszymi Aniołami, prośmy ich o opiekę, o wskazówki którą iść drogą, gdy staniejemy czasem na rozstajach.  Jakby ktoś był zainteresowany, to podaję link do strony - jednej z wielu stron wróżek.    http://prosperita.edu.pl/index.html
A wróżki w tych czasach to bardzo wykształcone osoby, oczywiście z wrodzonymi cechami w tym kierunku. Jestem bardzo ciekawa waszego zdania w tym temacie, a może ktoś ma jakieś doświadczenia...

niedziela, 18 czerwca 2017

Przesilenie letnie

Te cudne zdjęcia są z netu - Pixabay. Pierwsze - Stonehenge w Anglii

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za komentarze pod ostatnim postem. Spędziłam cudowny czas z moimi dziećmi i wnuczętami. Cieszyliśmy się sobą, czerpiąc z danego nam czasu każdą chwilę. Prowadziliśmy rozmowy, snuliśmy opowieści, były też żarty i zabawy.  A potem, jak goście wyjechali, zakradł się smutek.  Na to za dużo poradzić nie można. Trzeba pozwolić smutkowi pobyć, żeby mógł przejść... Wróciłam do pracy. Jak powszechnie wiadomo, gdy człowiek weźmie się za robotę, to szybko wraca do swojego trybu w dużym kole;)
Tymczasem czas poleciał jakby beze mnie i już jest druga połowa czerwca! Wkrótce przesilenie letnie. Ziemia wychyli swoją oś maksymalnie w kierunku słońca swoją północną stroną. Słońce rozpostrze promienie na zwrotniku Raka. A dla ludzi Północy, słońce wcale nie będzie zachodzić. Najkrótsza noc w roku z 20 na 21 czerwca. W tym roku przesilenie nastąpi o 6:24. Przesilenie czerwcowe to magiczne święto - sabat Litha.  Litha to zwycięstwo światła nad ciemnością, dnia nad nocą. Noc poświęcona jest żywiołom wody i ognia, które posiadają oczyszczającą moc. Tej nocy należy odprawiać rytuały na rzecz powodzenia w życiu miłosnym, robić praktyki oczyszczające i uzdrawiające, a także sporządzać amulety zapewniające pomyślność.  To magiczna noc, gdzie łączy się świat widzialny z niewidzialnym. Tej nocy najlepiej wcale nie iść spać, tylko tańczyć w kręgu przy ognisku, wróżyć, zbierać zioła i przywoływać elfy...
                                                               
                                                                           

środa, 31 maja 2017

Rodzina

Jednym z najcenniejszych darów w życiu jest - rodzina. Pierwszą rodziną, jaką znamy są nasi rodzice i rodzeństwo. No i dziadkowie, jeśli jeszcze nie odeszli z tego świata. (Ja znałam tylko dziadków ze strony ojca). W miarę jak rośniemy, poznajemy coraz więcej cioć i wujków, kuzynów i kuzynek.
Nasze rodzeństwo zakłada własne rodziny i przychodzą na świat nowe dzieci...Rodzina się rozrasta. Niektórzy fascynują się powiązaniami rodziny, poszukują swoich korzeni, tworzą drzewo genealogiczne. Czasem zamienia się to w cel życia.
W pewnym czasie my sami dojrzewamy do założenia własnej rodziny. Kiedy w naszym domu, pojawia się nasze dziecko... I patrzymy na to małe wielkie szczęście...Na małego człowieczka, który jest w stu procentach miłością...  Słowo rodzina nabiera bardzo szczególnego znaczenia. A energia naszego serca pięknieje i zatacza wielki krąg. Z każdym nowym dzieckiem coraz większy...
Następuje czas, kiedy w domach naszych dzieci pojawiają się także te maleńkie cuda. Kręgi naszego serca ciągle pięknieją i rozrastają się do magicznych rozmiarów...
W najbliższym czasie będę mniej obecna na blogu. Już za dwa dni mój dom rozświetli ta cudownie piękna, rodzinna energia:) Jak wiecie, mieszkamy w różnych miejscach i nie da się tak po prostu wpaść na kawę czy niedzielny obiad. Tym bardziej nasze spotkania to prawdziwa celebracja:)