wtorek, 15 maja 2018

Powroty...



Wracając pamięcią do beztroskiego czasu dzieciństwa, do tamtych miejsc, rozdwajam się…    Jestem tamtym bawiącym się dzieckiem i jednocześnie obserwatorem, który z obecnego teraz przygląda się temu dziecku z rozrzewnieniem i tkliwością…

Pomysł takiego spotkania się, narodził się w głowie jednej z moich kuzynek już jakiś czas temu. Dojrzewał powoli, bo kiedy dzieliła się tym z innymi, widziała, że nie wszystkie z nas podchodziły do tego z entuzjazmem.
Ja oczywiście byłam na TAK od początkuJ
Większość z nas nie widziała się bardzo długo. Nasze drogi porozchodziły się w młodości, kiedy pozakładałyśmy rodziny, powyprowadzałyśmy się gdzieś… Niektóre z nas nie znały się wcale, nigdy się nie widziały, więc jakieś wątpliwości były. Dzieli nas także różnica wieku, mieścimy się w przedziale pomiędzy siedemdziesiąt jeden, a trzydzieści parę.

Zdecydowałyśmy, że spotkamy się tylko w  babskim gronie, w spokojnym miejscu, żeby przypomnieć sobie, odświeżyć  więzi rodzinne, poznać się bliżej…

Spotkanie dotyczyło kuzynek z rodu mojego Ojca, który miał siedmioro rodzeństwa, więc trochę nas jest, ale nie wszystkie dotarły. Stawiło się nas trzynaście.
Spotkałyśmy się w pięknym miejscu nad jeziorem, na łonie natury. Noclegi miałyśmy w domkach, a o wyżywienie zadbała tamtejsza restauracja.
Spotkanie przerosło nasze oczekiwania. Nie było żadnych wahań, żadnego dystansu. Od pierwszej chwili wytworzyła się atmosfera swojskości, radości i rodzinności. Cieszyłyśmy się sobą nawzajem. Swoim widokiem, opowiadaniem, serdecznym, szczerym śmiechem. Wspominałyśmy naszych rodziców i swoje dziecięce  lata – co tylko się komu przypomniało. Śpiewałyśmy razem piosenki z czasów naszych rodziców i nie tylko, aż zastał nas świt…

Mnie to spotkanie dostarczyło jeszcze większej dawki wzruszeń… 
Moje kuzynki przeobraziły je w poetycki wieczór. Czytały moje wiersze, analizując je w piękny sposób, wspominały różne spotkania ze mną… Dowiedziałam się, że zawsze byłam postrzegana przez nie jak poetka unosząca się gdzieś ponad tym wszystkim, nawet kiedy byłam dzieckiem.
Z wielkim wzruszeniem odkrywałam siebie ich oczyma…
Wtedy była radość.  Nostalgia dopadła mnie potem, po powrocie…


Tamten zapach tataraku

Żółtym kwieciem
uśmiechała się zielona łąka
i lśniło jezioro
od promieni słońca…
na Wodną Farmę zwołał nas krwi zew
lecz nie jestem pewna…, wydaje mi się…
że byliśmy tymczasem
w starym domu, pod lasem…
gdy widziałam wasze
szeroko otwarte, wyciągnięte ramiona
czułam się taka szczęśliwa
tym widokiem…  Urzeczona!
I mogłam się przeglądać w waszych oczach
jak w zwierciadle czasu
czas zatrzymał się, zabrał mnie i przeniósł
do tamtego kochanego lasu…
na leśną ścieżkę
gdzie w letnim, porannym słońcu
ciągle kołyszą się drzewa…
gdzie pewna dziewczynka
idzie sobie  ścieżką
beztrosko podskakuje, śpiewa…
znalazłam się też przy stawie
nieopodal łączka stokrotek i maków
strumyczek, sitowie… bose stopy na zroszonej trawie…
Boże! Jakże prawdziwy do łez…

jest zapach tamtego tataraku…



                         Dziękuję Wszystkim za piękne komentarze pod poprzednim wpisem:)


niedziela, 29 kwietnia 2018

Lecę na majówkę




W lasach i na przydrożkach niebiesko od dzwonków...
Na polach króluje żółty kolor rzepaku
A na łąkach mlecze rozkładają główki do słońca
Przed moim domem śliczne, małe kwiatuszki, które uwielbiam - niezapominajki!

Ostatnio naszła mnie ochota na jakąś zmianę. Ni stąd ni zowąd przestał mi się podobać wygląd mojego bloga, no i zaczęły się eksperymenty. Zajęło mi to sporo czasu, bo jak podobał mi się wygląd to ustawienia były nie takie, o kolorach trzcionek już nie wspomnę. W końcu coś wybrałam i uznałam, że taki może być. Tylko że potem za każdym razem, gdy otwierałam bloga musiałam sama siebie o tym przekonywać. Tak więc dałam sobie spokój, zgodziłam się co do tego, że pierwszy wybór jest najlepszy i wróciłam na stare śmieci, czyli do swojego, swojskiego bloga. 
Co jakiś czas zmienię sobie obrazek i będzie ok.

A tymczasem lecę na Majówkę!
Spotkam się z moimi kuzynkami. Z niektórymi nie widziałam się kilkanaście lat, a z innymi jeszcze dłużej. To dopiero będzie spotkanie:)





piątek, 20 kwietnia 2018

Pośpiesz się!




Marzena jak codziennie rano, wyprowadziła rower z szopki i zawiesiwszy bańkę na mleko ruszyła w drogę do oddalonego o kilometr  gospodarstwa. Zwykle gospodyni czekała na nią na podwórku żeby chwilę poplotkować o tym i owym. Marzena nie miała nic przeciw dziesięciu - piętnastu minutowej pogawędce z rana. Dzieci zostawały same przez ten czas, ale nie były już małe, więc była o nie spokojna. 
W tym dniu jednak było jakoś inaczej.
Ledwie ujechała kawałek drogi, gdy zaczęła odczuwać niepokój. Najpierw słaby, ale szybko przybierał na sile i zamieniał się w strach. Z minuty na minutę Marzena odczuwała strach coraz silniej i przenikał on ją do głębi. Do tego pojawił się wewnętrzny głos! Głos, który nie był normalnym głosem, lecz raczej przekazem do jej myśli.
- Pośpiesz się, pośpiesz się, pośpiesz się! Słyszała to bezprzerwy!
Myśli były bardzo wyraźne i zawierały w sobie jakąś nieznaną jej moc, której nie mogła się oprzeć. Dojeżdżała właśnie do gospodarstwa, gdzie widziała krzątającą się gospodynię.
- Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Wibrowało w jej głowie i piersiach. Czuła to w mózgu, w oddechu i w krwi krążącej w żyłach!
Wiedziała, że coś się stało! Strasznie bała się o dzieci. Nic innego nie przychodziło jej do głowy.
Marzena miewała czasem „przeczucia” , ale to co odczuwała teraz było czymś całkowicie innym. To nie było przeczucie. To coś zawładnęło nią, nie pozwalając na żadne rozważania, tylko żądało szybkiego powrotu do domu!
Ku ogromnemu zdumieniu gospodyni, Marzena rzuciła rower, chwyciła zamienną bańkę z mlekiem i w biegu odjeżdżając  krzyknęła – jutro!
Marzena nie pamiętała  nawet powrotnej drogi. Cała zamieniła się w dwa wyrazy:
Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!

Rzuciła rower przed drzwiami i wpadła do domu jak burza nagle, aż dzieci się wystraszyły.
- Ja tylko herbatę robię  – powiedziała cicho, przestraszona nagłym wtargnięciem matki jej najmłodsza córka.

Marzena nie zwróciła nawet na to uwagi tylko otwierała kolejne drzwi i sprawdzała gdzie i co się stało! Nic. W jej domu wszystko było w porządku. Dzieci były całe i zdrowe. Nie było żadnego pożaru ani wypadku. Nie rozumiała. W jej głowie dudniło nadal:
Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Wypadła z domu. Na podwórku tez nic się nie działo. Weszła z powrotem do domu. Nie, to nie to, w domu nic nie było…
Wybiegła na zewnątrz pchana wewnętrzną siłą. Rozejrzała się. Po sąsiedzku mieszkali jej teściowie, z którymi stosunki od jakiegoś czasu nie były najlepsze. Gdy spojrzała na ich dom, wiedziała, że musi tam iść.
Otworzyła drzwi do ich domu i zapytała od progu czy nic się u nich nie stało. Zaskoczeni niemile jej widokiem odpowiedzieli z irytacją:
 – A co się niby miało stać?  
Ta odpowiedź nie zadowoliła Marzeny.  Wariowała wprost od tej wewnętrznej pchającej ją siły.
Pośpiesz się! Pośpiesz się! Pośpiesz się!
Wyszła od teściów…, ale otworzyła drzwi z powrotem i zapytała gorączkowo:
- A gdzie jest Leszek?!
- Jak to Leszek, gdzieś poszedł… po wodę chyba – patrzyli na nią jak na głupią, coś jeszcze komentując, lecz Marzena nie słuchała już. Wybiegła i skierowała się prosto do studni, która była na tyłach ich domu.
Zajrzała do środka. Leszek(osiemnastoletni brat jej męża) był w środku! Studnia była głęboka, a on trzymał się  kurczowo rurki, która prowadziła do kiedyś zamontowanej w dole pompy. Mokry, wyziębiony, resztką sił wołał pomocy, ale jego słaby głos nie unosił się zbyt wysoko, nie wychodził poza głęboką studnię.

Historia jest prawdziwa, a główną jej bohaterką jest wspaniała, niesamowita, moja młodsza koleżanka.



sobota, 14 kwietnia 2018

Wczoraj...



Wczoraj
byliśmy z mężem nad morzem. W nowym miejscu, to znaczy ja w nowym, bo dla niego  nie jest nowe, on tu się wychował.

Whitstable - miasto portowe w hrabstwie Kent  niedaleko Canterbury, o liczbie mieszkańców 33,398.

Plaża z wypoczywającymi rodzinami, pieskami zachęcała do relaksu...
Przyjemnie było usiąść na drewnianym pomoście i wystawić się na działanie bryzy... Szum morza i lekki trzepot masztów dopełniały całości odczuwania - bycia nad morzem...
Było ciepło, chociaż niebo zakrywało się jakąś szarą zasłonką i zdjęcia są takie sobie.


A w drodze powrotnej w radio  Paul zaśpiewał ponadczasowy przebój yesterday. I przypomniałam sobie, że w którymś z wywiadów, pytany o narodziny tego przeboju odpowiedział:
Bardzo chciałem napisać coś nowego, coś chodziło mi po głowie, ale męczyłem się nie mogąc tego wydobyć. Aż któregoś wczesnego ranka obudziłem się z gotowym utworem, po prostu wstałem i zapisałem go.
To tak odnośnie mojego wpisu "Przed snem zadaj pytanie"
Pięknego relaksu Wam życzę:)



sobota, 7 kwietnia 2018

Dieta dla Duszy



W zdrowym ciele zdrowy duch!
Wszyscy znamy to powiedzenie. Jest jeszcze takie, że jesteśmy tym, co jemy.
I to jest prawda. Jak chcemy być zdrowi i dobrze wyglądać to należy odżywiać się zdrowo. Nie przesadzać z nakładaniem porcji na talerz nie mówiąc już o dokładkach. Posiłek należy jeść powoli, skupiając się na jedzeniu,  nie oglądać w tym czasie  wiadomości ani czytać gazety.
 
Stosując te zasady na pewno będziemy czuli się lepiej, lżej, radośniej, ale do pełni oprócz zdrowych posiłków dla ciała, potrzebujemy także odpowiedniej diety dla naszej duchowej istoty.

Tak, właściwie hasło to możemy odwrócić na - „zdrowy duch  to zdrowe ciało”. 
Wszystko zaczyna się od myśli.
Ważne jest więc czym zasilamy nasze myśli, z czym się w nimi utożsamiamy. Jest takie powiedzonko, że jesteśmy tym, o czym przez większość czasu myślimy. Jesteśmy „tym” na czym skupiamy naszą uwagę.

Jeśli nasz umysł nasączamy destrukcyjnymi, negatywnymi myślami to nasza wrażliwa dusza cierpi, a my wtedy nie odczuwamy radości życia.  Wiadomo, że można być pięknym, zgrabnym i bogatym, a przy tym być nieszczęśliwym. Jest to udowodnione. Zdrowe odżywianie, siłownia i modne ubrania nie załatwiają wszystkiego niestety.
 Ostatnio spotkałam taką osobę, całkiem młodą, a zupełnie pozbawioną radości życia. Nie ma ona powodu do żadnych zmartwień, a jednak w niczym nie widzi sensu. Żal mi jej, starałam się pomóc… ale wiem, że tak naprawdę każdy musi pomóc sobie sam.

Jeśli przez długi czas zatruwamy duszę negatywnymi myślami, wspomnieniami doznanych lub wyrządzonych krzywd i win, utożsamiamy się mocno z  polityką lub religią, myślimy ciągle o rywalizacji albo oglądamy koszmarne filmy i sceny z nich przeżywamy z każdym wspomnieniem na nowo, to dusza przy swojej wysokiej wibracji, zwyczajnie tego nie wytrzymuje i „wycofuje się”, a nawet ucieka. 
Wtedy rządzimy się sami, ale bez duszy jest nam źle. Łatwo dajemy się ponosić złym emocjom i dajemy im upust w relacjach z drugim człowiekiem. Dopada nas złość, więc niszczymy co mamy w swoim zasięgu. Potem ogarnia nas smutek i bezsens  wszystkiego… Szukamy winnych naszego stanu… Utożsamiamy się ze swoimi emocjami i chorujemy. Najpierw choruje nasza dusza, a dopiero potem ciało.

Przeczytałam gdzieś, że zapomnieliśmy jak żyć… Po zastanowieniu się trudno się z tym nie zgodzić. Zachowujemy się jakbyśmy byli tu za karę. Tylko narzekamy. Na wszystko, do narzekania zawsze coś się znajdzie…

Dopiero jak śmierć zagląda w oczy to kurczowo trzymamy się życia, wtedy za wszelką cenę chcemy żyć, więc jak to z nami jest… …  

Dbajmy o siebie jako o całość,  nie tylko o ciało, ale także albo przede wszystkim dbajmy o duszę.

Oczyszczajmy umysł. Myślom, które nam nie służą pozwólmy odpłynąć niczym chmurom na niebie. Kontrolujmy nasze myśli, przetwarzając negatywne w pozytywne. 

Kontakt z przyrodą, wsłuchiwanie się w nią jest wspaniałym sposobem na wyciszenie swojego wnętrza, uświadamianiem sobie cudu życia, którego doświadczamy...

Cieszmy się życiem każdego dnia, bo żyjemy teraz…
Każdą czynność, nawet małą możemy wykonywać świadomie, ciesząc się, że to robimy, że mamy taką możliwość.
Niech nasza duchowa istota czuje się dobrze w naszym sercu. Wyszukujmy dla niej piękny, zdrowy pokarm w postaci widoków natury, dźwięków muzyki, życzliwości do innych ludzi… 
Wsłuchujmy się w nasze serce i podążajmy za jego odczuciami. Po pewnym czasie zaczniemy odczuwać intuicyjnie wskazówki jaką iść drogą, jakich wyborów dokonywać…  A przede wszystkim odzyskamy radość życia, której niczym innym nie da się zastąpić.  

Na koniec przypomniała mi się scenka ze szkoły, kiedy moja córka chodziła jeszcze w Polsce.
Pani poprosiła uczniów o rozwinięcie zdania "nie samym chlebem człowiek żyje". Jeden z uczniów odpowiedział - Pewnie, że nie, kto by sam chleb jadł, trzeba jeszcze masła i kiełbasy albo sera.     

piątek, 30 marca 2018

Wielkanoc



Życzę sobie i moim Wspaniałym Znajomym, Czytelnikom

aby Ta Wielka Noc

 była dla nas czasem  wielkiej, pięknej przemiany,

aby Światło Chrystusowe zawsze rozświetlało  naszą  drogę:)






piątek, 23 marca 2018

Przed snem zadaj pytanie

Jeśli nurtuje was jakaś sprawa, która "stoi" w miejscu, wymaga od was wyboru, dycyzji lub pomysłu, ale nic wam nie przychodzi do głowy...
Możecie przed snem zadać pytanie swojej podświadomości,  a rano obudzicie się z gotowym pomysłem!

 Kładąc się do łóżka, myślcie o tym temacie aż do zaśnięcia, oczekując  najlepszego rozwiązania...

Myśli powinny być "rozmyte", w stanie alfa - relaksu.
Nie wywierajcie nacisku zewnętrznym umysłem. Po prostu powierzcie swoją sprawę podświadomości z pełnym spokojem i zaufaniem...wiarą.
Bez zastanawiania się czy to faktycznie działa, bo wątpiąc spalamy nasze marzenie na panewce.

Czytając przed wieloma laty"Potęgę Podświadomości", byłam bardzo zaskoczona, bo zdałam sobie sprawę, że moje najlepsze życiowe pomysły właśnie przyszły do mnie rano, tuż po obudzeniu się, a jeszcze przed wstaniem. Szukając jakiegoś dobrego rozwiązania w konkretnej sprawie przez tydzień albo dłużej nie mogłam nic wymyśleć, a tu nagle któregoś ranka budziłam się i miałam gotowy, dobry pomysł.

Wtedy działo się to u mnie nieświadomie, bo nie miałam wiedzy na takie tematy.

Później, kilka razy spróbowałam tego sposobu w pełni świadomie.
Raz nawet "zaprojektowałam" pewne wydarzenie krok po kroku, bo była to bardzo ważna sprawa na następny dzień. "Projektowałam obrazy" i odczuwałam je aż do zaśnięcia... 
Następnego dnia wszystko odbyło się dokładnie tak jak sobie wymarzyłam!

Pamiętam jaka byłam wzruszona tym i wdzięczna, że to się naprawdę dzieje.

Warunek jest jeden. Nie możemy nikomu życzyć źle ani ingerować w wolną wolę innych, bo wtedy życzenie się nie spełni, a może jeszcze obrócić się przeciw nam samym.