środa, 8 lipca 2020

Tajemniczy kontakt( 2)


Rozdział II

Maria obudziła się nagle z uczuciem całkowitego wyspania się.
Poszukała ręką komórki - wyświetlacz pokazywał 06:06  Było bardzo wcześnie jak na sobotni, wolny poranek, ale dawno już nie czuła takiego przypływu rannej energii.
Będę miała dłuższy dzień – doszła do wniosku wstając z uśmiechem. Odsunęła zasłony. Za oknem dopiero budził się brzask.  Może obejrzę  wschód słońca  – pomyślała radośnie, czym zaskoczyła samą siebie
.
Pół godziny później stała już przy oknie z kubkiem pachnącej kawy i zachwycała się różowym  niebem.
- Jakież to piękne… - szepnęła do siebie z zachwytem.
Zorze przybierały coraz jaśniejsze barwy, łącząc róż ze złotem, a w końcu pojawiła się żółta łuna by po chwili wznieść nad horyzont złotą, jaśniejącą kulę słońca. Słońce nie było takie jasne, jaskrawo świecące jak latem, ale i tak wyzwalało swoim widokiem uczucie radości. Już dawno nie przyglądała się wschodowi słońca. Cieszyła się, że nie położyła się z powrotem.

Nagle słońce powiększyło się i zrobiło jakby skok wyżej!
Marię zatkało! Stała w bezruchu, a oczy o mało nie wyszły jej z orbit! Słońce było jasne, mocne, letnie!
Musiała mrugać, w końcu zamknęła powieki, bo jasność  raziła ją oślepiająco. Po dłuższej chwili otworzyła oczy.  Wszystko było po staremu. Słońce było normalnej wielkości i tuż nad horyzontem.

Stała w miejscu jak sparaliżowana. Wpatrywała się w niebo zdumiona. Wszystko było normalnie, ale w jej mózgu szalała burza. Widziała jak słońce w jednej chwili  powiększyło się i wskoczyło wyżej! Widziała to, była tego pewna!

Szukała gorączkowo odpowiedzi na to, co wydarzyło się przed chwilą. Czyżby dopadła ją jakaś fata morgana… Czuła dreszcze na całym ciele, ale to nie był strach. Strachu o dziwo nie odczuwała wcale.
Przysunęła sobie krzesło do okna nie spuszczając z niego oczu, bo musiała usiąść, ale nie mogła, nie chciała tak po prostu odejść od okna. Wpatrywała się w nie niczym w wielki ekran na którym leciał film z nadzieją, że zaraz będzie ciąg dalszy.
Ale nic się nie działo. Tylko ptaszki w ogrodzie uwijały się ze śniadaniem.
Dopiła wystygłą kawę,  chociaż wcale takiej nie lubiła. Spojrzała na zegarek i zdziwiła się, że siedziała tam ponad godzinę.
Nie było sensu dalej tak siedzieć, zresztą im więcej czasu upływało,  tym Maria miała mniej pewności co właściwie widziała.

 Zrobię sobie jajecznicę na bekonie… z cebulką! – uśmiechnęła się do swoich myśli i wzięła się za obieranie cebuli.
Włączyła sobie mały telewizor, który stał w kuchni do towarzystwa.  Akurat były wiadomości.
Maria przez chwilę podziwiała fryzurę spikerki i jej elegancką sukienkę.
- Ciekawe jak to jest być taką spikerką – zastanawiała się patrząc na jej nieprzeniknioną minę. Twarz spikerki nie zdradzała żadnych emocji, a przecież mówiła o wojnach, o katastrofach, o przemocy. Pewnie miny zostały wyuczone, bo tak trzeba – rozważała Maria - a może już się tak przyzwyczaiła, że straszne informacje nie robią na niej wrażenia…
 Kobieta właśnie przekazywała informacje o zamieszkach na Bliskim Wschodzie. Odwieczne odwety  Żydów z Arabami . Film pokazywał zbombardowane domy, zabitych ludzi.  Rozpacz  ludzi po obydwu stronach konfliktu. Ale jeszcze płacząc już mówili do kamery o zemście za swoich. Dlaczego ludziom tak trudno dojść do porozumienia – zastanawiała się Maria, wyciągając rękę po pilota
.
Odechciało jej się patrzeć na te straszne wiadomości, tak jakby nic dobrego nie działo się na świecie. 
Poza tym przypomniała sobie o przyniesionych książkach z biblioteki. Wcześniej przeleciała jedną wzrokiem i wiedziała, że zapowiadał się wciągający kryminał.
Będzie w sam raz na weekend – poweselała natychmiast. Obiecała sobie, że zaraz po śniadaniu siada do książki.
Już przyłożyła palec na przycisk off, gdy na ekranie ukazał się krajobraz jakby znajomy skądś…
- Te góry… gdzieś już je widziała… jezioro w dali…
Marię przeszył dreszcz! To był widok z jej dziwnego snu!
Wszystko wyglądało tak samo. I to słońce... było wyżej i jakby większe…
- O Boże!
Wiadomości już się skończyły i na ekranie ukazała się mapka z pogodą, ale Maria stała dalej nieruchomo z wyciągniętą ręką, trzymającą pilota.
Nie rozumiała co się działo. Była podekscytowana. Czuła, że coś się wydarzyło, chociaż nie miała pojęcia co. Nie potrafiła zrozumieć tego rozumem, który domagał się realnego wyjaśnienia tego zajścia. Nie potrafiła też zrozumieć spokoju, który ją nagle ogarnął.  Powinna przecież coś robić, sprawdzić, gdzieś zadzwonić, wyjaśnić co to wszystko ma znaczyć. Powinna czuć lęk… Nie czuła.

Wyłączyła telewizor i poszła do salonu. Ale zamiast do książki usiadła do komputera.
- Skąd się biorą przywidzenia? – wpisała w google.
„Przywidzenia, halucynacje są wytwarzane przez mózg bez udziału bodźców zewnętrznych. Pojawiają się w stanie czuwania czyli wówczas, gdy osoba jest zdolna do odbierania bodźców zewnętrznych i jest świadoma swojego otoczenia. Zwidy przeważnie nie są przyjemne i mogą się zdarzać ludziom zdrowym przed zaśnięciem lub po obudzeniu”.
Otworzyła kilka stron, ale na każdej z nich był podobny opis. To była odpowiedź specjalistów na zapytania czytelników. Maria nie dowierzała. I to wszystko? To ma być zadowalająca odpowiedź?
Jeśli ktoś naprawdę cierpi na takie przywidzenia i szuka pomocy lekarza, bo jest wystraszony to dowie się, że wszystko jest ok, bo takie halucynacje mają prawo pojawiać się między jawą a snem…
Nie wierzę, to jakieś bzdury… Biedni ci pacjenci.
Och, nie ważne, nie tego szukałam – Maria przypomniała sobie po co usiadła do komputera.
Wstała, przeciągnęła się i podeszła do okna. W głowie miała pełno znaków zapytania, ale nie wiedziała jakie słowa dobrać, żeby Google w drodze kombinacji wpadły na to, czego ona potrzebowała. 
Ni stąd ni zowąd pomyślała żeby przejść się na krótki spacer i przewietrzyć myśli, a nuż samo coś wpadnie do głowy.
Ubrała się raz dwa i wyszła. Powietrze było chłodne i rześkie. Dobrze – pomyślała – Chłód na głowę  jest mi właśnie potrzebny. I poszła żwawym krokiem przed siebie osiedlową uliczką, która prowadziła do rzeki – leniwki. Maria lubiła to miejsce i kiedyś często przebywała nad rzeką. Jako dziecko przychodziła z rodzicami karmić kaczki, potem ona przyprowadzała tu swoje dziecko. Jako nastolatka przychodziła tu z koleżankami, czasem urywały się na wagary. Jak poznała Piotra też tu przychodzili…

Ostatni raz spacerowała tu z Lilą podczas wakacji. Od paru lat to miejsce  zmieniło wygląd. Za unijne pieniądze zrobiono ścieżkę spacerowo-rowerową łączącą dwa miasteczka – Leniewo  z  Miastkiem. Posadzono ozdobne drzewka i krzewy, wmontowano ławeczki. Nieopodal, znajdowała się  przytulna kawiarenka. Była umiejscowiona na piętrze w  malowniczym budynku  przerobionym ze starej wieży ciśnień. 
Z piętra  rozciągał  się piękny widok na zakole rzeki i lasek po jej drugiej stronie.  Ale kawiarenka otwarta była jak na razie tylko w sezonie letnim.

- Maria? Cześć! O, nie wiedziałem, że biegasz?
Maria wyrwana z zamyślenia ledwie rozpoznała biurowego kolegę. Stał z rowerem w stosownym do jazdy stroju i z kaskiem na głowie.
- Witek? Cześć… Nie, ja nie biegam, tak sobie tylko spaceruję. Ale co ty tutaj robisz?
- Ja? Jeżdżę rowerem jak widać – zaśmiał się  – Jak w każdy sobotni i niedzielny ranek! – dodał prężąc się dumnie – Ale ciebie tu nigdy wcześniej nie widziałem… chyba.
- Nie, ja tak rano nie lubię wstawać – zrobiła minę śpiocha i roześmiała się – Dzisiaj tak jakoś wyjątkowo wstałam i naszła mnie ochota na spacer.
- To ci trochę potowarzyszę jak nie przeszkadzam – spojrzał pytająco.
- Jasne, że nie.
- Ale, że nie przeszkadzam, czy że nie mam towarzyszyć – przekomarzał się  zdejmując kask.
Roześmiali się, ruszając razem spacerową dróżką. Mijali ich od czasu do czasu biegający ludzie albo spacerowicze z psami.
 – Nie ma to jak zacząć radośnie dzień razem ze słońcem! – Witek powiedział głośno, wystawiając twarz na prześwitujące promienie między drzewami.
Maria spojrzała na Witka nieco podejrzliwie, ale radość jaka malowała się na jego twarzy wcale nie była udawana.
- Ty tak poważnie, wstajesz radośnie ze wschodem słońca?
- Taaak… nie od zawsze, ale od dawna – przeciągnął ręką po włosach jakby się nad czymś zastanawiał – Staram się tak w zgodzie z naturą, wiesz.
Maria przytaknęła niepewnie.
- Mieszkasz gdzieś tu nie daleko tak? To pewnie często tu bywasz, a jakoś do tej pory cię nie widziałem… - Witek zawiesił głos.
- Blisko mieszkam, stąd piętnaście minut wolnym marszem. Przychodzę tu czasem, ale nie w październiku o świcie – wzdrygnęła się i pokazała gestem jak naciąga kołdrę na głowę – Kiedyś przychodziłam częściej jak moja córka była dzieckiem, ale teraz… Czasami z ojcem…, jak akurat nie ma swoich emeryckich spotkań, samej jakoś mi się nie chce, wolę poczytać książkę.
- O, a co czytasz? – zaciekawił się.
- Różnie. Przygodowe, obyczajowe, a ostatnio – przybrała pozycję szpiega z krainy deszczowców -  kryminały! Karamba!
Śmiali się przez chwilę ze znanej każdemu postaci z dobranocki.
- No, zaskoczyłeś mnie tutaj, jeszcze w takim stroju nurka, w życiu bym cię nie poznała! To mówisz, że jeździsz w każdy weekend?
-  Tak, w weekendy jeżdżę. Ale biegam codziennie.
Maria słuchała Witka jakby go dopiero pierwszy raz zobaczyła.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się
- Mam taki lasek koło siebie – wyjaśnił – Tam sobie biegam o świcie.
- Przed pracą? – z niedowierzaniem zapytała Maria.
- Jasne, do ósmej to przecież kupa czasu.
- A jak pada i wieje albo mróz jest w zimę? – dociekała szczegółów.
- Nic nie jest w stanie mnie przestraszyć – przyjął pozycję niezwyciężonego bohatera – Wtedy wychodzę na krócej, ale zawsze – roześmiał się widząc minę Marii, a po chwili dodał poważniej – Jesteśmy przecież częścią przyrody, ja chcę to czuć.
Maria roześmiała się z jego min, ale patrzyła na Witka jak na nieznany obiekt latający. Ona wcale go nie znała.
- Zaskakujesz mnie Witek – popatrzyła na niego wyczekująco.
- Ja? – zdziwił się niewinnie – Czym? – jednak widząc jej minę dodał ze szczerym uśmiechem – Ja naprawdę tak czuję, chcę być w harmonii z przyrodą, z naturą.
- Nigdy tak o tym nie myślałam… To znaczy wiem, że jesteśmy częścią przyrody, ale nie zastanawiałam się nad tym… no żeby tak  o tym mówić…
- Och, trochę się zakręciłam, no wiesz… - rozłożyła ręce przed sobą jakby resztę miał sobie z nich wyczytać.
- Maria, ja wiem co masz na myśli. Wszyscy to wiemy, no prawie wszyscy, ale nie myślimy o tym świadomie. Ja kiedyś tego też nie zauważałem…  A świadomość jest najważniejsza. Powinniśmy być świadomi siebie w każdej sytuacji.
Doszli właśnie do budynku w którym mieściła się kawiarnia. Maria zatrzymała się i spojrzała na wykaligrafowany napis – U Leśnej Wróżki.
Witek zatrzymał się także i zerknął jak Maria studiuje napis.
- Zaprosiłbym cię na kawę, ale zamknięte – rozłożył ręce w udawanym, przepraszającym geście.
- Szkoda, bo dawno już tam nie byłam – puściła oko – Ale dzisiaj kawę już piłam – zawahała się chwilę, ale zaraz dodała z dumą, szczerząc zęby w uśmiechu – I to nie byle jak, bo w towarzystwie wschodzącego słońca!
- ŁO, ło, łoł, a dopiero co mówiłaś, że jesteś rannym śpiochem – spojrzał na Marię z pode łba podejrzliwie, mrużąc śmiesznie oczy.
- Bo jestem – roześmiała się z jego miny – Dzisiaj wstałam wcześnie, bo miałam coś do zrobienia. No właśnie, muszę już wracać, ten spacer to była tylko mała przerwa.
- Szkoda, fajnie się gada, ale jak mus to mus.
 -  Fakt i fajnie było cię tu spotkać Witek. To do zobaczenia w biurze!
- Do biura to jeszcze daleko, ale kto wie, może spotkamy się tu jutro – roześmiał się zakładając kask – Ja w każdym razie będę. Natura zaprasza.
- Będę miała to na uwadze –  odwróciła się śmiejąc z podniesioną w pożegnalnym geście ręką.

cdn.

wtorek, 30 czerwca 2020

Tajemniczy kontakt (1)

Rozdział 1

Maria poczuła się bardzo senna.
Na wpół widzącymi oczami spojrzała na zegarek – była 16:06.
Była tak senna, że przez chwilę musiała zastanowić się nad cyframi.
- Nie, no nie będę spać o tej porze – zbuntowała się niczym małe dziecko kładzione na drzemkę – Mowy nie ma.
Zawsze dziwiła się ludziom, którzy urządzali sobie poobiednie drzemki. Ona nie zamierzała. Uważała, że na drzemki szkoda życia. Wystarczało, że nocny sen zabierał z życia spory kawał. Gdzieś wyczytała, że jedną trzecią. Nie miała zamiaru jeszcze do tego dokładać. Pomimo swojego zdania na ten temat, czuła się coraz bardziej ociężale i jakoś tak chcąc czy nie, położyła się na kanapie. Patrzyła przez okno na chmury, które przesuwały się leniwie i czuła, że ledwie utrzymuje powieki. Chmury zaczęły się rozmywać. 
- No dobra, chwilę poleżę – wyraziła w końcu zgodę, poddając się.
Po pewnym czasie miała wrażenie, że w chmurach dostrzega zarys gór. Pomyślała, że chmury czasem lubią  przybierać dziwne kształty, a jak puścić wodze fantazji to można zobaczyć ciekawe krajobrazy, nawet góry w chmurach. Drwiła z siebie, ale widok gór wcale nie zniknął, a raczej jawił się coraz wyraźniejszy. Mrugnęła parę razy, ale widok był taki sam. Usiadła żeby przerwać to wzrokowe złudzenie.
Góry były tam nadal!
 Zerwała się na równe nogi przecierając oczy.
Góry były prawdziwe! Jak okiem sięgnąć rozciągał się długi łańcuch gór.
Zdezorientowana kompletnie rozejrzała się dookoła.
Wszędzie były góry! Po jej prawej stronie, góry były dość wysokie, a ona sama stała na skalistej dróżce, która biegła wzdłuż zbocza. Po drugiej stronie w oddali, góry były znacznie niższe, raczej były to wysokie wzgórza. Przed nimi lśniła w słońcu tafla wody, chyba jezioro…
Maria spojrzała na siebie. Była w dresie i na boso, czyli tak jak położyła się na kanapę… Była we śnie?
Stała obok dużego, płaskiego kamienia. Usiadła. Poczuła przyjemne ciepło. Kamień był nagrzany od słońca, które teraz chyliło się ku zachodowi, wisząc nad wzgórzami.
Nie mieściło jej się to w głowie! Boże! Co to za dziwny sen! Nie mogła się nadziwić, wszystko widziała tak jakby było prawdziwe.
Uszczypnęła się. Zabolało! Może w snach uszczypnięcie też boli – poddała się bezradnie. Wstała i zaczęła iść tą ścieżką. Poczuła rozgrzane skały pod stopami. Dlaczego to czuję, przecież jestem na kanapie…   – nie mogła zrozumieć. Sen był naprawdę dziwny…
Dała jeszcze parę kroków i nadepnęła na ostry kamyk.
Auuu! Jeśli to jest w moim śnie, to chcę się obudzić – pomyślała błagalnie… i w tej chwili otworzyła oczy w swoim pokoju.
Była na swojej kanapie i patrzyła na przesuwające się chmury za oknem.
Zerwała się na równe nogi i obejrzała pokój dookoła. Podeszła do okna. Poza leniwymi chmurami nic nie było. Ale emocje ze snu jej nie opuściły, czuła je całkiem mocno.
Co to było?- zapytała głośno trochę wystraszonym głosem  – Co to za dziwny sen? Wszystko było takie jak na jawie!
Spojrzała na zegarek. Była 16:16
A więc spała tylko parę minut. Przypomniała sobie z jakiegoś sennika, że pierwsza krótka faza snu to takie zlepki różnych obrazów. Już się śpi, ale jeszcze nie do końca, takie nie wiadomo co. Uspokoiła się tym samo wyjaśnieniem  i poszła pod prysznic  zmyć z siebie resztkę tych dziwnych obrazów sennych.
Miała ochotę pogadać o tym co najmniej dziwnym śnie, ale nie było z kim. Ojciec Marii wyjechał na wycieczkę do Szwecji i miał wrócić dopiero w poniedziałek wieczorem. Był aktywnym, pełnym młodzieńczej energii emerytem i niejeden młody mógłby mu pozazdrościć takiej radości życia.
Najchętniej porozmawiałaby ze swoją ukochaną córeczką, ale Lila od roku była w Anglii. Maria bardzo za nią tęskniła, ale rozumiała, że musi pozwolić żyć dziecku własnym życiem.  Kiedyś musiało to nastąpić, bo naturalną rzeczą jest, że dzieci dorastają i wyfruwają z gniazda. Tyle, że w ostatnich czasach młodzi wyfruwają daleko,  wyjeżdżają za granicę… Maria westchnęła i zakręciła wodę.            
Rozmyślania zostawiła pod prysznicem. Z łazienki wyszła odświeżona, czuła się naprawdę rześko.
Poszła do kuchni zaopatrzyć się w ulubioną miętowo - owocową herbatę i porcję upieczonej przez nią szarlotki.  Dom ciągle pachniał piekącym się ciastem. Maria lubiła taki pachnący, przytulny dom, zwłaszcza jesienią.
 Teraz już mogła rozsiąść się wygodnie.  Lubiła takie małe, codzienne rytuały. Za chwilę zaczynał się jej ulubiony serial, a zaraz po nim drugi na innym kanale. Dwie godziny niczym nie zmąconego relaksu uśmiechały się do niej. Weekend dopiero się zaczynał, jeszcze całe dwa wolne dni były przed nią. 
Czekając aż skończy się bloczek reklam, Maria rozglądała się po pokoju. Lubiła jego przytulny wystrój. Rośliny w doniczkach mniejszych, większych i całkiem dużych działały swoim widokiem kojąco i lubiła je penetrować oczami. Jej wzrok zatrzymał się na stojącej fotografii. Lilka zdmuchuje na niej  świeczki na torcie urodzinowym. Mimo woli myśli Marii cofnęły się w przeszłość… do innych urodzin Lilki. Tamtego dnia  nie potrafi całkiem wymazać z pamięci…
Były dwunaste urodziny Lilki. Córcia bardzo cieszyła się na swoje urodziny, miały przyjść do niej koleżanki.  Od rana robiła dekoracje i nuciła radośnie.  
Niestety, awantury w ich domu były już wtedy na porządku dziennym. Piotr - wtedy mąż Marii – od rana chodził rozdrażniony. Szukał zaczepki, prowokacji do kłótni. Była sobota, więc  miał wolne, ale to właśnie go irytowało, nie umiał znaleźć sobie miejsca. Prowokował więc po to, żeby w końcu mógł trzasnąć drzwiami i wyjść z domu.  
Wrócił późnym wieczorem. Był pijany nie bardziej niż zwykle, ale tym razem był wyjątkowo zaczepny, a chwilami nawet agresywny. Miotał się po mieszkaniu, zamiast jak zwykle usiąść przed telewizorem i zasnąć. Jego pokrzykiwania spowodowały, że Lilka zaczęła płakać. Piotr nigdy wcześniej nie zachował się tak jak wtedy. Odwrócił się w jej kierunku, krzycząc żeby się zamknęła. Lilka trzęsła się cala, gdy ruszył z furią w jej stronę. Maria zdążyła zasłonić córkę sobą w ostatnim momencie i pięść Piotra wylądowała na niej.
Chyba sam wystraszył się tego, co zrobił. Chwycił kurtkę i wybiegł z domu.
To była kropla, która przepełniła kielich goryczy ich wspólnego życia. Maria szybko spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiła służbowe mieszkanie Piotra razem ze wszystkimi wspomnieniami na zawsze.
 Uśmiechnęła się smutno do tych wspomnień. Piotr zniszczył ich małżeństwo… Może nieświadomie, ale co to za różnica, skoro ich życie się rozpadło. A przecież kiedyś był takim fajnym człowiekiem…
Kiedy go poznała był wspaniałym, uroczym chłopakiem. Towarzyskim, uczynnym, wesołym, no i zakochanym w niej bezgranicznie. Po dwóch latach chodzenia ze sobą wzięli ślub. Maria była bardzo szczęśliwą młodą mężatką, a wkrótce potem matką. Piotr rozpłakał się ze wzruszenia kiedy pierwszy raz podała mu w ramiona ich córeczkę. Tworzyli piękną, wzorową wręcz rodzinkę. Piotr był bardzo lubiany przez wszystkich, był tak zwaną duszą towarzystwa. I to chyba go zgubiło…
Znajomych mieli wielu, bo wszyscy przepadali wprost za Piotrem. Nie dość, że miał świetne poczucie humoru to jeszcze potrafił naprawiać różne rzeczy i w domu i w garażu. Taki złota rączka od wszystkiego. I tak to znajomi wpadali do nich okazyjnie z jakąś butelką, żeby podziękować Piotrowi za jego przysługi. Zapraszali ich także do siebie na różne okazje, czasem okazję  stwarzało się na potrzebę wypicia i miało to być zabawne.  Maria zaczęła dostrzegać jak Piotr się zmieniał. Pił coraz więcej. Nie był już tym fajnym mężem, którego jej wszyscy zazdrościli. Nie był już zabawny. Jego naturalny wdzięk bycia dowcipnym zastąpił menelskim żargon.
Rozmowy z Piotrem nic nie dawały. On nie widział żadnego problemu. Uważał, że Maria wszystko wyolbrzymia. Coraz częściej wychodził sam, w końcu nawet jej o tym nie informując. Kłótnie w ich domu były już czymś normalnym, a wśród nich padały coraz gorsze słowa. Maria czuła się bezradna. Patrzyła na smutną twarzyczkę rosnącej córeczki i nie wiedziała jak ma dalej żyć. Nie raz myślała  o odejściu, ale  ciężko jej było przyswoić myśl, że dziecko nie będzie miało pełnej rodziny. Wahała się aż do tamtego wieczoru, ale tamtego wieczoru miarka się przebrała.
Ostatni raz widziała Piotra na Sali sądowej. Pomimo przysługującego mu prawa odwiedzin dziecka, nie skorzystał z niego ani razu. Jakiś rok później usłyszała od ich wspólnej znajomej, że Piotr stoczył się całkiem. Stracił pracę, eksmitowali go z mieszkania. Zrobiło się jej go żal. Kiedyś był jej przecież bardzo bliski…
Maria początkowo zamieszkała u koleżanki na pokoju. Ojciec namawiał ją, aby zamieszkały z Lilą u niego, ale Maria ociągała się z decyzją przez jakiś czas. Nie chciała wracać do domu rodzinnego, bo czuła, że to będzie tak jakby cofnęła się w swoim rozwoju i takie myśli były dla niej dołujące. Matka Marii zginęła w wypadku, kiedy Lilka miała pięć lat. Marii bardzo brakowało matki, bliskich rozmów z nią, zwłaszcza kiedy w jej życiu pojawiło się tyle problemów. Z ojcem też dogadywała się dobrze, ale czuła, że w matce mogłaby mieć najlepszą kobiecą przyjaciółkę.  Na powzięciu ostatecznej decyzji z przeprowadzką do ojca zaważyła Lila, która była w bardzo bliskich relacjach z dziadkiem. Maria widziała zawsze jej roześmianą buzię i błyszczące oczy w towarzystwie dziadka. A ona niezbyt często w tamtym czasie się śmiała. Zdawała sobie sprawę, że nie jest dla córki najlepszym towarzyszem.
   Po przeprowadzce szybko przekonała się, że zamieszkanie z ojcem było dobrym pomysłem. Lilka poweselała, stała się radośnie dojrzewającą nastolatką. Dziadek chyba trochę zastępował jej ojca, świetnie się wspólnie dogadywali. Oczywiście rozpieszczał wnuczkę, ale Maria przymykała na to oko. Ona sama też z czasem wypogodniała i nabrała ochoty na życie.
       Skończyła nie dawno czterdzieści sześć lat. Była w pełni życiowych sił i raczej zadowolona z życia. Owszem, czasami miewała chandry, gorsze dni w których czuła się samotna i niespełniona.  
Kiedyś, po wyleczeniu się z Piotra, próbowała ułożyć sobie życie na nowo. Próbowała, ale nie wyszło. Z każdą znajomością przekonywała się, że facetowi chodziło tylko o jedno - żeby jak najszybciej zaciągnąć ją do łóżka. Na początku znajomości taki facet nawet się starał. Wspólne kino, spacery i rozmowy. Ale kiedy jego cel został osiągnięty, okazywało się, że kino jest nudne, a na spacery szkoda czasu. Co do rozmów ograniczały się do samochodów, sportu i gier komputerowych.
Żeby prowadzić jakąkolwiek rozmowę, to ona musiała się dopasowywać do niego. Ale to nie były jej tematy, poglądy, sprawy… Była z kimś a i tak czuła się samotna. Nierozumiana. Faceta nie obchodziło co jej w duszy gra… On nie dopasowywał się do jej tematów. Ba,  zorientowała się, że nawet jej nie słuchał. A ona przecież nie była kobietą mówiącą dużo i byle co. Nie trajkotała o ciuszkach i kosmetykach. Interesowała się wieloma rzeczami, na przykład archeologią, historią ziemi i ludzi, zagadkami świata.
W końcu nadszedł czas kiedy zadała sobie pytanie - Czy takie bycie z kimś miało dla niej sens?.  
Nie, nie miało – brzmiała odpowiedź.  Nie takich związków szukała. I tak raz na zawsze dała sobie spokój z tym nowym układaniem życia.  A o facetach wyrobiła sobie opinię niezbyt dobrą.
Zastanawiała się też czy z nią jest wszystko w porządku, bo dlaczego trafiała na samych dupków. Wiedziała przecież, że prawdziwi mężczyźni byli na świecie, tylko nie wiedzieć czemu ona ich nie spotkała.
 Przyzwyczaiła się do bycia samej. Miała kochaną rodzinę, bezpieczny dom, pracę. Czegóż chcieć więcej – zapewniała siebie i sięgała po książkę, zawsze niezawodną przyjaciółkę.
Do przeszłości nie wracała, lecz teraz właśnie zdała sobie sprawę, że jej myśli tam poleciały. Błądziła w przeszłości bardzo głęboko, a przypomniane czułe struny odpowiadały na ten dotyk ostrymi ukłuciami w sercu.

Reklamy dobiegły końca.  Maria z wdzięcznością przeniosła swoją uwagę na ekran, gdzie właśnie rozpoczynał się film.


cdn.

czwartek, 21 maja 2020

Do Anglii - ciąg dalszy


- Danusia, naprawdę myślisz, że damy radę? – zapytałam, upijając łyk kawy. Spojrzała na mnie pytająco.
 – No wiesz, tam w Anglii.
- Jasne Pola! – Danka od razu się ożywiła – Przecież pracy się nie boimy. Pracę i kwaterę mamy zapewnioną, no to wszystko mamy, co nie?
- Ja nie jestem taka pewna... To inny świat, obcy ze wszystkim. Obcy język…
- Mamy zrobiony kurs angielskiego, zapomniałaś?
- Tylko pytanie, czy taki kurs wystarczy...
- Nie martw się Poluś, słyszałam że Anglicy używają tylko stu wyrazów. To my już je umiemy he he.
Optymizm przyjaciółki powoli zaczął mi się udzielać.
Zrobiła po drinku na rozluźnienie.  Przeczytałyśmy list parę razy, a za każdym razem wydawał się mniej straszny. W końcu Anglia jawiła nam się jako wspaniały kraj, który czeka na nas z otwartymi ramionami. Po drugim drinku podsumowałyśmy nasze życie. Z sentymentem i śmiechem wspominałyśmy młode lata. Potem zgodnie doszłyśmy do wniosku, że dzieci nam się wyjątkowo udały, ale ich ojcowie to niedojrzałe dupki.  A kto wie – żartowałyśmy – Może w Anglii spotkamy jakichś fajnych facetów, takich odpowiedzialnych, prawdziwych angielskich dżentelmenów?
Późnym wieczorem zapadła decyzja, że pora kupić walizki.

             Lotnisko i lot
Staliśmy w długiej kolejce. W długiej i szerokiej. Nie było widać, kto za kim stoi. W ogóle nic nie było widać. 
Lotnisko w Bydgoszczy było małe, a w przybliżonym czasie odlatywały dwa samoloty. Do odprawy wszyscy tłoczyli się razem.  Do odlotu była jeszcze godzina, ale z urywek rozmów, było słychać, że „nie długo będą wpuszczać, bo samolot już wylądował” .Obie z Danką nie bardzo wiedziałyśmy o co chodziło. Nie chciałyśmy pytać, żeby nie wystawiać się na pośmiewisko, zwłaszcza że  otaczający nas rodacy nie ukrywali, że byli już światowcami.  
Danka ciągle poprawiała coś przy walizce albo poprawiała włosy albo kurtkę, zapinała ją i rozpinała.  Denerwowała się, ja też, tylko udawałam spokój.

Odprawa poszła szybko, nawet nie zdążyłyśmy najeść się strachu.  
Facet w średnim wieku, chyba celnik, w każdym razie obsługa lotniska, rozkazująco informował każdą następną osobę:

- Walizkę położyć na taśmę. Do koszyka kurtkę, buty, pasek, zegarek i inną biżuterię.
Jak widział, że osoba po wyłożeniu wszystkiego, nie wie co robić dalej, kiwał głową w bok, mówiąc – Iść tam.
Tam…  była bramka, przez którą się przechodziło i jeśli czujniki nic nie wykrywały, to można było wziąć walizkę z taśmy, ubrać się i iść na poczekalnię do samolotu.

Chociaż cieszyłam się, że odprawa poszła sprawnie, to zauważyłam, że celnik był urzędowy i oschły. Jego dziobata twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jeśli ktoś dopytywał o coś, odpowiadał oschle  – Powiedziałem, albo – Trzeba było czytać regulamin.

Pani celniczka, która stała za bramką była sympatyczna. Z uśmiechem informowała, że można przechodzić dalej.
Obie z Danką odpowiedziałyśmy radosnymi uśmiechami, wzięłyśmy bagaże i weszłyśmy na poczekalnię, a tam... radość prysła jak bańka mydlana! 
Poczekalnia była pełna ludzi!  Od drzwi, w których stanęłyśmy jak wryte, dzieliła nas może pięciometrowa przestrzeń od stłoczonej masy ludzi. 
Jakaś para wyminęła nas i ustawiła się tuż za tymi ludźmi, więc niezwłocznie poszłyśmy za ich przykładem. Za nami natychmiast ustawiali się nowi pasażerowie.

- Babciu, długo jeszcze będziemy czekać?  – zapytał nagle dziecięcy głosik przed nami. Chłopczyk spoglądał w górę i  pociągał  za rękę starszą kobietę.
- Już nie długo kochanie – odpowiedziała ciepło starsza pani.
- Ale tu jest dużo ludzi – trafnie zauważył  malec. Miał pięć, może sześć lat.
- Tomuś, to dlatego, że będą odlatywać dwa samoloty, nasz i jeszcze jeden.
- A gdzie ten drugi poleci? – Tomuś zaspokajał  dziecięcą ciekawość. A my z Danką spojrzałyśmy po sobie, rozumiejąc w lot, że otwiera się dla nas źródło informacji i nadstawiłyśmy uszu.
- Ten drugi jest do Dublina w Irlandii i poleci pierwszy – wyjaśniała spokojnie babcia.
- Babciu, a dlaczego  on poleci pierwszy?
- Bo pierwszy przyleciał
- A skąd przyleciał?
- Z Dublina. Ludzie, którzy przylecieli tutaj, już wysiedli, teraz mechanik sprawdzi czy wszystko jest w porządku, inni  ludzie wsiądą i samolot odleci z powrotem do Dublina w Irlandii – babcia wyjaśniała w szczegółach, które były zbawienne dla naszych uszu.
- To nasz samolot też tak przyleci i nas zabierze?
- Tak, będzie tak samo. Nasz przyleci z Londynu, potem, gdy pasażerowie wysiądą, to my wsiądziemy i samolot poleci z powrotem do Londynu.
- Ale jeszcze mechanik sprawdzi, tak?
- Tak, Tomciu, zgadza się – babcia patrzyła na wnuczka z uśmiechem i czułością.
Wymieniłyśmy z Danką spojrzenia pełne ulgi. Dzięki wnuczkowi i babci, sytuacja, w jakiej staliśmy, znacznie nam się rozjaśniła.
- Trzymamy się babci z wnuczkiem – szepnęła mi przy uchu Danka.
Przytaknęłam.  
Wtem nagle rozkrzyczały się głośniki! 
Zabrzęczały coś, po czym damski głos zaczął mówić, tyle że nic z tego nie zrozumiałyśmy.  Głos był głośny i mieszał się z echem. Ludzie jednak  najwyraźniej zrozumieli, bo zrobiło się poruszenie.  Bagaże poszły w ruch i tłum ruszył do przodu, jednocześnie popychając nas.  

Przesunęliśmy się o jakieś dwa metry  bez naszego udziału.  
- Pani stoi do Dublina? – zapytała mnie długowłosa blondyna, stukając mnie palcem w ramię.
- Nie, do Londynu Stansted – udawałam pewną siebie.
Blondyna uśmiechnęła się i śmiało przeciskała się do przodu, popychając przed sobą walizkę.

- Pola, babcia zginęła! – półgłosem syknęła Danka, a jakiś facet przed nami odwrócił się i obtaksował nas wzrokiem.
Rozglądałam się gorączkowo za Babcią i Tomciem, ale trudno było cokolwiek dostrzec w tym tłoku.
Nagle trochę ucichło. Z przodu pod oszkloną ścianą dostrzegłam wysoką dziewczynę w mundurze. Coś mówiła, ale byłyśmy za daleko, żeby słyszeć.
Z wysoko wyciągniętymi szyjami, próbowałyśmy zorientować się w sytuacji. Niestety bez skutku. 
Do chwili przybycia na lotnisko, bałam się lotu. Teraz dodatkowo pojawił się strach poczekalniany, ale rozglądając się zobaczyłam Tomcia i od razu mi ulżyło. Obok niego, spokojnie stała Babcia, bez oznak zdenerwowania.
- Danusia – zawołałam, wskazując ich oczami.
Wymieniłyśmy wzrokowy taniec radości J
 Usłyszałam, jak ktoś mówi:
– Do Dublina już wpuszczają.
 Spojrzałam na Dankę, ona mrugnęła porozumiewawczo, że też usłyszała.  A nawet dało się odczuć pewne rozluźnienie na poczekalni.  Nie spuszczałyśmy oczu z Babci i Tomcia.

Po kilkuminutowym spokoju, tłum znów zrobił się aktywny. Z obydwu boków poczekalni ludzie obrali kierunek – na środek. My znajdowałyśmy się w środkowej części i nie musiałyśmy o niczym decydować, tłum sam nas ustawił.
Po niezłej przepychance uformowała się czterorzędowa kolejka, która udawała dwurzędową.
Gdy wszyscy zatrzymali się w tym formowanym orszaku, z głośników popłynął spokojny, jednotonowy głos, oczywiście zdublowany echem.  Nikt nie zareagował. Wyglądało na to, że pasażerowie  najwyraźniej orientowali się co jest grane przed zabraniem głosu przez spikera.

Podczas formowania się niby dwurzędowej kolejki, ponownie straciłyśmy z oczu Tomcia z Babcią!  Przez tą rotację - formację Danka była o dwa metry przede mną, a obok niej stał teraz rudowłosy chłopak. Obejrzała się na mnie, bezradnie wodząc wzrokiem. Ja też czułam rosnące napięcie. Widziałam je także w ruchach i oczach innych osób.

Nagle kolejka ruszyła!
Natychmiast rzuciłam wzrokiem do przodu i dojrzałam dwie panie w niebieskich mundurkach, z żółtymi apaszkami na szyi. Stewardessy.  Jak w oglądanych filmach, sprawdzały karty pokładowe  i przepuszczały pasażerów dalej, a ci znikali gdzieś za drzwiami.
Kolejka przesuwała się szybko. Nie było czasu zastanawiać się nad czymkolwiek tylko trzymać się  walizki. Mój rządek  przesuwał się szybciej i wkrótce wyrównałam się z Danusią. Uradowane mrugnęłyśmy do siebie.
Panie stewardessy były bardzo miłe, uśmiechały się bez przerwy. Sprawdziły nasze karty, podziękowały  i wskazały nam drogę. Poszłyśmy za innymi pasażerami na zewnątrz, gdzie naszym oczom ukazał się samolot, z dużym napisem – RYANAIR.
Na dworze, wreszcie nie było tłoku i owionęło nas przyjemne, rześkie powietrze. Ludzie jednak szli bardzo szybko w stronę samolotu, więc my też przyśpieszyłyśmy, nie dając się wyminąć. Trzeba było szybko się uczyć.
Weszłyśmy po przystawionych schodkach.  W drzwiach samolotu powitała nas inna stewardessa. Z uśmiechem wskazała ręką, aby przejść dalej. Zadowolone, że jest tak miło, odwzajemniłyśmy uśmiechy i poszłyśmy za zakręt, a tam... znów tłok!
Po zajęciu miejsca ludzie  rozpakowywali się, blokując przy tym przejście innym. Ci inni, niecierpliwili się,  bo też chcieli jak najszybciej znaleźć  miejsce. Przypomniało mi to czasy PRL-u, gdzie wszyscy zawsze się pchali; do autobusu, do pociągu, a nawet jak wychodzili z kościoła. Nie wspominając już o pchającym się tłumie w kolejkach sklepowych w latach osiemdziesiątych.

Z daleka wypatrzyłyśmy cały rząd wolnych miejsc. Jak tylko przejście się zluzowało, ruszyłyśmy szybko w tamtą stronę.  Danka wrzuciła nasze walizki do schowka nad fotelami i rozsiadłyśmy się z ulgą. Po chwili podeszła do nas stewardessa, mówiąc coś z uśmiechem. Odwzajemniłyśmy uśmiech, sądząc że podchodzi tak do wszystkich pasażerów. Ale ona uparła się na nas i nadal,  uśmiechając się, coś mówiła, tym razem wskazując ręką na okno.
- O co jej chodzi? Dlaczego mówi tylko do nas? – myślałam z rosnącym niepokojem.
- Wiesz o co chodzi Pola ? -  półgłosem zapytała Danka.
- Siedzicie przy wyjściach awaryjnych – wyjaśnił jakiś męski głos z tyłu – Jeśli nie znacie angielskiego, to musicie się przesiąść. Na tych miejscach mogą siedzieć tylko osoby dorosłe ze znajomością języka.
- O Boże, ale gdzie się przesiąść, wszystko zajęte -  popadłam w lekką panikę. Jeszcze nie wystartowaliśmy, a już było tyle stresu.
Ale uśmiechnięta stewardessa dała znak ręką, żeby iść za nią. Złapałam walizkę i trochę zawstydzona odwróciłam się, żeby podziękować  życzliwemu tłumaczowi, który okazał się młodym chłopakiem.
- Nie ma za co – odpowiedział z uśmiechem.
Stewardessa poprowadziła nas w głąb samolotu, gdzie były jeszcze wolne miejsca. Pomogła ulokować walizki, powiedziała coś  z uśmiechem i sobie poszła.
Siadając,  poczułyśmy prawdziwą  ulgę. Danka zdjęła kurtkę i wzorem innych, wstała żeby ją włożyć na półkę z bagażem.  
 Siadając, nachyliła się do mnie ze spiskową miną i wyciągnęła złożoną w pięść rękę.
- Babcia z Tomciem za nami – wyszeptała.
Zadowolone, stuknęłyśmy się żółwikami.
                                         
- Rozumiesz coś – zaszeptała Danka.
Pokręciłam przecząco głową.
Obie byłyśmy  zaskoczone.  Domyślałyśmy się, że mówi pilot. Głos był ciepły i przyjazny, ale oprócz Good Morning i passengers nic więcej nie udało nam się wyłowić. Nasz kurs angielskiego jak na razie słabo zdawał egzamin.
Nie było jednak czasu na rozmyślanie, bo zaczęły dziać się różne rzeczy.  Stewardessy zamykały klapy od bagażu i sprawdzały czy wszyscy dobrze zapięli pasy. Potem zaczął się pokaz jak w razie czego użyć maski z tlenem i kamizelki ratunkowej czym spowodowały przyśpieszenie mojego pulsu. W końcu górne światło zgasło, a włączyły się lampeczki na podłodze.  I ruszyliśmy z miejsca. Wymieniłyśmy z Danką znaczące spojrzenia, żegnając się w myślach.
Samolot najpierw powoli jechał na kółkach, zrobił zakręt, a potem sunął już szybciej w kierunku dwóch linii światełek, które, jak się domyślałam, wyznaczały pas startowy.
Światełka wyglądały tajemniczo, jak droga do innego wymiaru.
- Boisz się? – zapytała cicho Danka.
- Nie – skłamałam – zobacz, wszyscy są spokojni.
W tym momencie samolot nagle ogromnie przyspieszył. Silniki przybrały na sile głosu, zawarczały z rosnącą mocą. Nasze serca dorównywały im w skali przyspieszenia.
 Silniki nieco przycichły, a fotele przechyliły się lekko do tyłu.
Wszystko działo się szybko. Po chwili zrobiło się całkiem cicho. Spojrzałyśmy na siebie, potem za okno.
Byliśmy w powietrzu!
Przebijaliśmy się przez chmury i… nagle naszym oczom ukazał się niezwykły widok.
Zalało nas słońce! Ogromna piękna przestrzeń!
Podczas gdy na ziemi był już zmierzch, tam nad chmurami było piękne, błękitne niebo rozświetlone słońcem.
 A poniżej białe, oświetlone chmury, przybierające różne kształty.
Patrzyłyśmy jak zaczarowane…
- Pola... – oczy Danusi lśniły.
- Wiem Danuś jest tak ... niebiańsko.



środa, 13 maja 2020

Do Anglii - fragment


Komentarz Jotki u Marigold, w którym wspomniała o mnie, zmusił mnie niejako do zadania sobie pytania – Co z moją zaczętą książką, a właściwie trzema książkami?

Leżakują.  Pewnie doczekają się dalszego ciągu, ale kiedy nie wiadomo. Pisaniu książki trzeba poświęcić dużo uwagi, a mój problem jest taki, że często chcę robić zbyt dużo rzeczy na raz. Przez to rozpraszam energię, i wiem, że muszę coś z tym zrobić. Ale przy tej okazji pomyślałam  – A może by wrzucić  fragment zaczętej, roboczej książki na blog…
I oto jest:    

 „Do Anglii

- Jedziemy do Anglii! – wykrzyknęła Danka, wpadając  razem z drzwiami.
- Kto jedzie? – zapytałam zszokowana jej wtargnięciem.
- Jak to kto?  My – ja i ty!
- Danka, wiem, że lubisz się wydurniać, ale nie przesadzasz?!
- Ja nie żartuję Pola. Zobacz – machnęła mi jakimś listem przed oczami – Dostałyśmy odpowiedź z Agencji, jest dla nas praca! Wyjeżdżamy do Anglii! Hura!

Wybałuszyłam na nią oczy, łapiąc się rękami za twarz.
Danka była cała w skowronkach. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- O co ci chodzi Pola..., zapomniałaś? Przecież razem wysłałyśmy wniosek...  – powiedziała, podając mi list.

Przeleciałam wzrokiem po kartce... „ Uprzejmie informujemy, że......... oferta pracy... w charakterze opiekuna starszych osób...... z dniem 01.09.10”

- Danka no co ty,  to przecież były tylko takie wygłupy, zresztą po alkoholu ... – nie poznawałam  swojego głosu. Zrobiło mi się gorąco, zaraz potem zimno i poczułam jak żołądek robi salto.
- Jakie wygłupy? Przecież normalnie to przedyskutowałyśmy. Co z tobą Pola?
- Ja nigdzie nie jadę – powiedziałam stanowczo, kierując się do toalety, bo mój żołądek wywijał harce jak na karuzeli.
- Trzęsiesz portkami co? – krzyknęła za mną.

Trochę się uspokoiłam, przemyłam twarz i spojrzałam w lustro. Byłam biała jak śnieg, a strach wyzierał  z moich oczu.
Wróciłam do pokoju. Danka siedziała w na brzegu wersalki, a ręce złożone  w pięści trzymała na kolanach.
- Ja też się trochę boję – powiedziała na mój widok, jakoś ciszej niż zwykle. Przez chwilę siedziałyśmy w całkowitej ciszy.
- Ale czego tu się bać? – Danka wstała i zaczęła chodzić po pokoju – Tyle ludzi wyjechało i dali radę... My też damy co nie... Pola ?
A tu? Co tu jest,  czego tu żałować..., tej gównianej roboty bez umowy..., żeby chociaż pieniądze z tego były...

Prowadziła monolog, bo ja się nie odzywałam. Nie mogłam. Paraliżowała mnie ta wiadomość  i to całe jej gadanie. Nawet nie byłam na nią zła..., drżałam podszyta strachem, nie dopuszczając myśli, że Danka może mieć rację.

Po paru minutach, ona też złagodniała, przestała maszerować, usiadła i w końcu zamilkła. Siedziałyśmy w ciszy jak nigdy przedtem i wydawało  się, że siedzimy tak wieczność.
W końcu wstała i podeszła do drzwi.
-  Wpadnij do mnie później – powiedziała cicho, bardzo cicho jak na Dankę.

Z Danką przyjaźniłyśmy się od zawsze. Nasi rodzice trzymali się razem, odwiedzali się tak często, że my wychowywałyśmy się prawie jak siostry. Ona była starsza ode mnie dwa lata, ale od kiedy byłyśmy dorosłe, wszyscy uważali, że to ja jestem starsza. Danka zawsze była trzpiotką. Różne rzeczy robiła bez przemyślenia, nie zawsze wychodziło to jej na dobre, ale nie przejmowała się tym. Była zakręcona, spontaniczna i zabawna. Do tego pewna siebie. Tej pewności  siebie jej zazdrościłam. Ja byłam zawsze spokojna, opanowana, wiedząca jak się zachować i co zrobić w każdej sytuacji. Z tego powodu to mnie uważano za starszą. Byłam nieśmiała i nie było mi z tym dobrze. Zawsze trzymałam się pół kroku za moją przyjaciółką, będąc w jej cieniu. Ona czasami mówiła, że chciałaby być taka jak ja, zwłaszcza wtedy, gdy zrobiła coś głupiego. I dodawała, że jestem dla niej życiowym przewodnikiem.

Danka miewała różne pomysły. Często były zabawne, chociaż ona tego nie dostrzegała.
Pewnego razu poszłam do niej z niezapowiedzianą wizytą. Dla nas obydwu, było to całkiem normalne, że odwiedzałyśmy się, kiedy tylko któraś z nas miała jakąś sprawę, albo zwyczajnie miała ochotę na pogaduchy.
Wtedy Danka była jeszcze naturalną brunetką. Jak powszechnie wiadomo, około czterdziestki srebrzystości we włosach przybywa i jeśli dalej chce się być brunetką, to bez farby ani rusz.
- Nie mam nic przeciw farbie – mawiała, ale te szybko rosnące odrosty mnie wkurzają. Przecież nie będę się malować co dwa tygodnie jak głupia.

Kiedy więc poszłam do niej i zapukałam do drzwi, Danka zamiast proszę, zapytała poważnie  – kto tam?
- To ja, Pola – odpowiedziałam,  jednocześnie otwierając drzwi. Myślałam, że coś jej się stało.
- Wchodź Pola. Dobrze, że to ty.  Zostaw na chwilę otwarte, bo tu trochę śmierdzi.
- Ale co śmierdzi, coś się stało? – faktycznie poczułam jakiś intensywny zapach... i skądś go znałam.
- E tam, nic się nie stało, pomalowałam sobie odrosty.
- A to jakaś nowa farba?
-  Eee... nowa...  nie...  – machnęła lekceważąco ręką -  To  pasta do butów.
- Cooo? – parsknęłam śmiechem myśląc, że to żart. Danka jednak z powagą i właściwym dla siebie zapałem dodała:
- Trochę śmierdzi, ale zobacz jak odrosty ładnie się pokryły. I jak łatwo się maluje...,  no wiesz, pasta ma tą gąbeczkę do smarowania butów, to całkiem praktyczne, a jakie przydatne do malowania odrostów.
To było tak zaskakująco  niewiarygodnie poważne z jej strony, że dopiero po chwili wybuchłam  głośnym śmiechem i zanosiłam się nim do rozpuku. 
Danka w pierwszej chwili patrzyła na mnie zaskoczona i urażona, ale ja nie mogłam przestać się śmiać.
.
- Pastą do butów ha ha ha..., ty wariatko ha ha ha – zaśmiewałam się  – powinnaś pisać poradniki.

Dopiero po chwili dotarło do niej, że sytuacja faktycznie jest zabawna. Zaczęła mi wtórować i śmiałyśmy się obie przez długi czas, jak takie nastolatki.

Danka nadal malowała odrosty pastą do butów. I już mnie nie dziwił unoszący się w powietrzu, specyficzny zapach, gdy ją odwiedzałam.
- Nie podchodź blisko, bo się wietrzę! – wołała od razu, gdy wchodziłam – To  tylko przez dwa dni śmierdzi – dodawała -  Ale  kolor jest świetny! I nigdy nie ma odrostów”.


środa, 22 kwietnia 2020

Mój rytm się rozregulował






Przeczytałam artykuł o rytmie.  Rytm jest w nas, w oddechu, w biciu serca. Ziemia ma swój rytm. Rytm jest w całej naturze. Rytm jest we wszechświecie. Artykuł był bardzo interesujący i piękny. Gdyby kogoś zainteresowało to podaję link https://www.w-przestrzeni-serca.pl/nowa-ziemia/planeta-ziemia/307-tajemnica-istnienia-naturalny-rytm.html 
    
Po przeczytaniu poszłam na spacer i naocznie ujrzałam rytm morza. Przypływ i odpływ. Fala za falą. Nawet w szumie fal,  tej bliżej brzegu i tej tuż za nią usłyszałam równomiernie oddzielający je rytm.
Dzień był taki ciepły i słoneczny. Całe niebo w pięknym błękicie. Zdjęłam buty i przekonałam się, że piasek jest ciepły, przyjemny, więc poszłam boso.
Z przyjemnością przyglądałam się świeżo upieczonym babkom. Sercu ułożonemu z kamyków. Rysunkom i napisom. Jakie to budujące, że dzieci zawsze dobrze się bawią w stare jak świat zabawy. Pokazują nam, że szczęście jest tuż, nie trzeba nigdzie za nim gonić.

Widziałam też pieska, który poszczekując radośnie biegał razem z falą w tę i z powrotem. Biegał tak szybko, że zdjęcia mi nie wyszły, ale aż chciało się patrzeć na tę pieską radość.

Usiadłam na drewnianym falochronie, żeby wsłuchać się w morze. Jak spaceruję to zapominam słuchać, bo ciągle coś fajnego widzę i robię zdjęcia. 
Usiadłam więc świadomie i wsłuchałam się w rytm morza. I wtedy zdałam sobie sprawę, że mój rytm chyba się rozregulował.   W dni kiedy chodzę do pracy,  życie dla chleba przywołuje mnie do porządku i rytm dnia jest.
W pozostałe cztery dni nie trzymam się niczego, żadnego wyznacznika. Wstaję jak się wyśpię. Spać idę jak czuję się senna. Nie trzymam się żadnej wyznaczonej pory. Tak samo podchodzę do posiłków, jak jestem głodna to jem. Nie planuję jutra. Jak mam ochotę to idę na długi spacer, a jak nie to cały dzień przeleniuchuję z książką i zdarzają mi się przytulne drzemki.

Patrzyłam na nieustannie pracujące morze. Fala za falą…   Rytm.  Słoneczko grzało przyjemnie, pewnie też w swoim rytmie.

Czy mój rytm się rozregulował ? – zapytałam po cichu morza – I czy to jest ok…
Wyłącz główkowanie, a włącz odczuwanie – usłyszałam odpowiedź.
Nie analizuj, wyłącz logiczne rozumowanie
Chcesz wiedzieć, zapytaj i słuchaj co odpowie ci twoje odczuwanie

Może mi się zdawało, że to morze odpowiedziało, ale wsłuchałam się w siebie i poczułam się dobrze, że nie muszę trzymać się żadnego rytmu i że w tym nie trzymaniu też jest pewien rytm.










Polacy tu byli;)



środa, 1 kwietnia 2020

Podnośmy wibracje dla własnego dobra

zdj od Miriam Lundren

Kochani, proszę nie podczepiajcie się pod zbiorowy strach. To nam nie pomaga, a wręcz odwrotnie.

Wszystko jest energią i wszystko wibruje, z tą różnicą, że na różnych częstotliwościach. Wszystkie wirusy mają niską częstotliwość(5,5 - 14,5 Hz) i rezonują z negatywnymi emocjami. Ciało zdrowego człowieka wibruje na dużo wyższych obrotach i na wirusy powinno być odporne. Jednak bojąc się, pozwalamy wirusowi na panoszenie się. Zasilamy go swoją uwagą, przez co oddajemy mu energię i osłabiamy się.  Sprowadzamy na siebie strach, śledząc nieustannie informacje na ten temat z tv i z innych źródeł i od innych osób. Wiem, że trzeba coś wiedzieć, ale trzeba ograniczyć śledzenie wiadomości do minimum. Wiadomo do czego prowadzi stres. Młodzi ludzie nie powinni umierać na ten wirus, a umierają, bo zbiorowy strach gdy dotknie młodego, obniża jego system odpornościowy do poziomu starego człowieka.

Dużo tego tematu widać też na blogach. Strach wywołuje w ludziach niskie pobudki. Przeczytałam na f czyjś krytyczny wpis o rodzinach z dziećmi, które wyszły do parku, bo zobaczyli trochę słońca z określeniem ich - bezmózgowcy. A w komentarzu jakaś pani napisała, że policja powinna przyjechać i wszystkich spałować!
Przykro czytać takie rzeczy.

Ludzie ze strachu zaczynają walczyć ze sobą, ale wymierzony cios zawsze odwróci się przeciw nadawcy. Ciągłe krytykowanie innych jak powinni się zachowywać w różnych sytuacjach nie zaszkodzi krytykowanym tylko krytykującym, bo w ten sposób sobie obniżają częstotliwość, a tym samym odporność.
.
Osobiście chodzę do pracy jak zwykle, bo ludzi w Domu Opieki zostawić nie można. Nie uskarżam się. Zaistniała taka sytuacja i trzeba stawić jej czoła.
Najlepsze, co można zrobić, to świadomie zająć się czymś, co nas od tego tematu odciąga. Książki, muzyka, medytacja, modlitwa, słońce, choćby nawet przez okno. Pogawędki z rodziną, ale nie tylko o wirusie. Humor wskazany jak najbardziej, bo podnosi wibracje.

Żyjemy w czasach transformacji Ziemi. Częstotliwość Ziemi wzrasta od kilku lat, ale ostatnio mocno przyspieszyła. Puls Ziemi w 1986 r wynosił 7,83 Hz, a teraz 27,4 Hz. Są nawet skoki o wiele wyższe. My także powinniśmy dostrajać się do jej częstotliwości dla własnego dobra. Nie poddawajmy się strachowi, szkodząc tym sobie i innym.. I tak będzie co ma być, tyle że z nami albo bez nas.
To początek zmian

Bądźmy dla siebie dobrzy, współodczuwający. Zachowajmy spokój, cokolwiek by się nie działo. Zjednoczmy się, bo w tym jest nasza prawdziwa MOC.

Dużo Istot zarówno duchowych jak i ludzkich jest zaangażowanych w pomoc przy przejściu Ziemi. Robią to dla nas z miłości, bez ich pomocy nie dalibyśmy rady. Jeśli więc nie potrafimy pomóc to chociaż nie przeszkadzajmy. Nie dokładajmy się do niskich wibracji na Ziemi.